Kość niezgody małżeńskiej

Dodano 19 sierpnia 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Ewa była tego dnia spięta i zdenerwowana. Przygotowywała mężowi jego ulubione kotlety mielone. Podsmażała cebulkę chłonąc jej aromat, który roznosił się po całej kuchni. Uśmiechała się przy tym do własnych myśli. Od tak dawna już nie robiła tego, zapomniała.

Była jednak nieszczęśliwa. Niedługo po ślubie dostała solidne lanie od pijanego męża, a miało być tak wspaniale. Potem bywało to coraz częściej. Nieraz przepraszał, obiecywał poprawę ale był coraz gorszy i z biegiem czasu przestał już przepraszać. Uważał, że tak powinno być, że jest to naturalny porządek świata, że mąż ma władzę nad kobietą. Być może by się w tym zatrzymał ale ona nie sprzeciwiała się temu, bała się bicia i poniżenia. Kiedyś poszła do rodziców i pożaliła się im.

- Twoja sprawa. – Usłyszała w odpowiedzi. Widziały gały co brały, myśmy nie kazali ci wychodzić za mąż. Chciałaś to masz.

- On nie ma prawa mnie tak traktować – próbowała ich jeszcze przekonać.

- Jego prawo, a ty masz słuchać męża – rzucił jej ojciec otwierając butelkę.

- Ja tego nie wytrzymam. Przedwczoraj pobił mnie do nieprzytomności. Myślałam, że już czas się żegnać z życiem. – Powiedziała po chwili ledwo powstrzymując łzy. – Chyba wystąpię o rozwód.

- Ani mi sie waż – ojciec spojrzał na nią ze złością – co ludzie powiedzą, zjedzą tu nas. Swoje sprawy pierzemy we własnym domu – dodał i łapczywie wypił duszkiem pół szklanki wódki. Jego żona spojrzała z niepokojem na męża. Zaraz się zacznie, pomyślała tylko. Zauważyła wzrok córki.

Minęło kilka miesięcy. Ewa znalazła polecaną jej przez koleżankę z pracy adwokatkę. Telefonicznie umówiła się z nią na spotkanie. Było już popołudnie, gdy z bijącym sercem i wewnętrzną rozterką weszła do kancelarii. Opowiedziała większość z tego, co przeżywa. Na wszystko nie miała odwagi i było jej wstyd.

- Najpierw musimy wszcząć postępowanie przeciwko pani mężowi o znęcanie. – Powiedziała po chwili adwokat.

Miała na imię Anna i to w jakiś irracjonalny sposób podziałało kojąco na Ewę. Nie miało to znaczenia ale jednak. – Później wystąpimy o rozwód. Dobrze byłoby, gdyby nastąpiło to w tej kolejności. Jakie ma pani dowody? Czy pani rodzice będą zeznawali? Proszę z nimi o tym porozmawiać. Proszę o każdym pobiciu zawiadamiać policję i to od razu. Dla pani to ratunek i jednocześnie dowody. Potrzebne będą także zaświadczenia lekarskie, z których będzie wynikało, że ma pani obrażenia, które powstały w wyniku stosowania wobec pani przemocy.

Spotkały się jeszcze kilka razy. Anna przygotowała zawiadomienie o przestępstwie do prokuratury i złożyła je. Teraz kolej na działania policji.

Któregoś letniego dnia Anna otrzymała postanowienie policji o umorzeniu postępowania. Nie było nawet uzasadnienia. Poczuła rozczarowanie. Żadnej opieki nad tą kobietą. Policja jak zwykle ułatwia sobie sprawę i nie przeprowadzając prawie w ogóle postępowania dowodowego umarza.

- Mamy za dużo spraw aby się takimi drobiazgami zajmować. – Często słyszała. – Pogodzą się dodawali policjanci z lubieżnym uśmiechem na twarzy, że niby to nastąpi w nocy. Te jednak były dla Ewy tragedią. Nie dość, że zmęczona, znieważona i pobita, musiała godzić się na „kochanie się” z mężem bo on tego żądał. Mdliło ją od wyziewów alkoholowych i cuchnącego oddechu, gdy pochylał się nad nią pytając – no co dobrze ci?

- Napiszę na to postanowienie zażalenie. – powiedziała Anna. Czuła niesmak. Wiedziała, że to nic nie da. Sądy nigdy lub prawe nigdy nie zmieniają postanowień o umorzeniu. Nie wiadomo właściwie dlaczego ale w praktyce taka jest reguła.

Anna wniosła sprawę o rozwód. W pozwie żądała uznania pozwanego winnym rozkładu małżeństwa. Wskazywała na jego zachowanie, interwencje policji, zaświadczenia lekarskie stwierdzające siniaki na całym ciele Ewy. Dowody oparła na zeznaniach świadków, a to zeznaniach koleżanki Ewy, która widziała ślady pobicia i to bardzo często. Nadto wysłuchiwała zwierzeń Ewy, która początkowo wstydziła się ujawniać swoje życie małżeńskie. Z biegiem czasu jednak się otworzyła wobec koleżanki i opowiedziała jej o swojej gehennie.

Innymi dowodami były zeznania rodziców Ewy. Przyszli do sądu. Anna miała już przygotowane pytania jaki im zada. Gdy nadeszła ich kolej, pierwszy zeznawał ojciec Ewy.

- Jak to w  małżeństwie, czasami się kłócą. – Powiedział patrząc prosto w oczy sędzi. – Nic wielkiego. O pobiciach nic nie wiem, nie widziałem, a córka się nie skarżyła. On porządny człowiek – wskazał ręką na męża Ewy.

- Czasem pijecie razem z pozwanym? – zapytała Anna.

- A co byśmy mieli nie wypić – odpowiedział. – Porządny chłop i napić się musi, a z teściem to powinien.

- A jak już wypije to bywa agresywny?

- On? A skądże, do rany go można przyłożyć i flaszkę postawi i gada takie fajne rzeczy.

Anna zrezygnowała z dalszych pytań. Następnym świadkiem była matka Ewy.

- Odmawiam zeznań – powiedziała cicho unikając wzroku Ewy i Anny. Po chwili wyszła taka jakaś zawstydzona.

Sąd odroczył rozprawę na przesłuchanie stron i wyznaczył termin kolejnej za osiem miesięcy.

- To pierwszy możliwy termin – powiedziała sędzia – czy zechciałaby pani, pani mecenas rozważyć zmianę powództwa na rozwód bez orzekania o winie? Sama pani widzi jak wyglądają dowody w tej sprawie.

Kilka dni później Anna zjawiła się w sądzie na rozprawie, gdzie było rozpoznawane zażalenie na umorzenie postępowania o znęcanie. Bardzo dożo sobie po tym obiecywała. Sąd miał już duże spóźnienie. Mimo to adwokat, który wcześniej występował w innej sprawie wciągnął sędzię w rozmowę o zarobkach, polityce płacowej i perspektywie na przyszłość. Po pół godzinie Anna już nie wytrzymała. Weszła na salę rozpraw i zapytała o prognozy wywołania jej sprawy, bo jeżeli za jakiś jeszcze czas, to musi opłacić parking. – Dodała wskazując na pretekst przerwania ich rozmowy.

- Tak, już wywołuję sprawę.

Faktycznie po chwili wywołała strony.

- Sąd zna sprawę i nie ma potrzeby dokonać sprawozdania. – Powiedziała sędzia spoglądając wymownie na zegarek. – Mam nadzieję, że pani mecenas nie będzie powtarzała argumentów z pisemnego zażalenia, bo sąd je zna i jest już późno.

Chwilę później oddaliła zażalenie kończąc tym samym sprawę o znęcanie. Anna była wręcz przybita. Miała przygotowane przemówienie i je wygłosiła. Miało być wręcz powalające w swojej wymowie a skutek jaki chciała osiągnąć wydawał się być pewny. Sędzia jednak nie słuchała. Była zniecierpliwiona.

- Muszę odebrać dzieci z przedszkola – powiedziała i uśmiechnęła się do Anny.

Anna wiedziała, że wszystko idzie nie tak. Nie chodziło jej o zawodową satysfakcję wygrania sprawy ale o życie Ewy. Teraz, gdy postępowanie karne o znęcanie przestało istnieć, a w sprawie o rozwód najważniejsi świadkowie opowiedzieli się po stronie męża Ewy, znacznie wzrosło jego poczucie bezkarności. Teraz dopiero zacznie się dla niej tragiczne życie.

- Gdyby mogła się gdzieś wyprowadzić? Muszę o tym z nią porozmawiać – pomyślała Anna.

- Nie mam dokąd – odpowiedziała przy najbliższym spotkaniu Ewa. – Nie ma pieniędzy, a on powiedział, że mnie  wszędzie znajdzie i wówczas mnie tak urządzi, że będę żałowała. Odgrażał się nawet, że ma kwas solny i mnie nim obleje, że spali moją twarz. Powiedział mi niedawno:  policja? Przecież wiesz, że i tak umorzą

- Co mam robić? Boję się go. Rozwód to tylko papier. – powiedziała smutno i poszła.

Minęło kilka miesięcy. Nadeszła jesień. Anna nie widziała Ewy od tamtej rozmowy i nawet zastanawiała się, co się z nią dzieje. Anna była w tym bezradna i źle się z tym czuła. Nawet się łapała na tym, że wręcz cieszy się, że nie widzi swojej klientki, bo i co mogła jej powiedzieć. Aż któregoś popołudnia do jej kancelarii weszła Ewa. Wyglądała jakoś inaczej. To nie była już ta sama osoba, zaniedbana, zahukana, z wyraźnymi bruzdami na zmęczonej twarzy. Wyglądała młodo i radośnie. Nie tylko na twarzy ale i w całym jej zachowaniu.

- Nie musi się pani już zajmować moimi sprawami – powiedziała niemalże od progu. – Mój mąż umarł. Kilka dni temu. Jadł krupnik, który mu przygotowałam na obiad. Wie pani taki na kościach. Widocznie któraś została na talerzu. Mąż był trochę pijany i jak to on, jadł obrzydliwie, celowo rozlewając zupę aby mnie zmusić do dodatkowego sprzątania. Zadławił się tą kością. Nikt mu nie pomógł, ja byłam wtedy w kuchni i nic nie słyszałam. Policja już mnie przesłuchała i tak im powiedziałam. Umorzą postępowanie. Ewa uśmiechnęła się szeroko i wyszła życząc wszystkiego najlepszego.

- Ciekawe, czy rzeczywiście niczego nie słyszała, czy patrzyła na proszącego gestami o pomoc męża uśmiechając się tak samo jak przed chwilą. – Pomyślała Anna i sama się uśmiechnęła.

Arab i agencja towarzyska

Dodano 19 czerwca 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Anna przechodziła kolejne bramy wiezienia. Była tu już wiele razy i doskonale znała drogę. Usiadła w pokoju przesłuchań i czekała. Po pewnym czasie doprowadzony przez strażnika stanął w drzwiach jej klient. Był Arabem. Nieśmiało podszedł do adwokatki i przywitał się z nią podając jej rękę.

- To pani jest moim obrońcą? – Bardziej stwierdził niż zapytał. To on, gdy go aresztowali  prosił swojego współpracownika aby skontaktował się z nią i zlecił jego obronę.

- Tak. Odpowiedziała przyglądając mu się uważnie. Nic się nie zmienił. Spotkali się już wcześniej. Była to wówczas błaha sprawa ale udało jej się doprowadzić do porozumienia z jego przeciwnikami. Był nią wówczas zachwycony. Teraz, pamiętając jak sobie wówczas poradziła, prosił by została jego obrońcą.

- Jak długo będą mnie tu trzymali? – Zapytał z niepokojem?

- To zależy od szybkości prowadzenia przez prokuratora sprawy i od innych jeszcze czynników. Na razie jest to niemożliwe przez co najmniej przez trzy miesiące.

- Co mam robić? – Jego pytanie zabrzmiało niedorzecznie.

- Niech pan czyta, uprawia sporty, wypoczywa. Może jakaś siłownia, tu jest to nawet modne. Wieczorem telewizja.

Spojrzał na nią doszukując się w jej wypowiedzi ironii. Nie dostrzegł jej. Zamyślił się i smutno pokiwał głową.

- Dowody są tego rodzaju, – podjęła rozmowę – że należy je zweryfikować. Sprowadzają się do zeznań pokrzywdzonych. One złożyły obszerne zeznania i zostały objęte ochroną świadków. Tylko policji znane jest ich miejsce pobytu.

- Ja nic nie zrobiłem, to przecież były prostytutki, jak można zgwałcić prostytutkę? Jak płaciłem, to miałem prawo wymagać od nich różnych rzeczy, do tego przecież są.

Anna popatrzyła na siedzącego przed nią mężczyznę. Wydawał się być przystojny, dobrze prezentujący. Jego ciemna karnacja oraz czarne oczy, jak każdego Araba powodowały, że wiele kobiet głupieje na ich widok. Przykładają do nich miarę ludzi tej samej, europejskiej kultury. W swojej naiwności nie biorą pod uwagę, jak bardzo się różniły ich wyobrażenia o nich od rzeczywistości. Oni zawsze traktowali kobiety przedmiotowo. Dla nich są jedynie ciałami do wykorzystania i do niczego więcej. Ewentualnie do pracy na nich. Nie miało tu znaczenia wykształcenie, oni byli tak wychowani i tak żyli od setek lat. Zmiana nie mogła w ich nastąpić w wieku, gdy sami już byli dorośli. Jego słowa ubodły Annę.

- Zarzuca się panu, że swoim zachowaniem znacznie przekroczył zwykłe usługi seksualne. Brutalność, a także sposób w jaki zaspakajał pan swoje żądze i to przez wiele godzin, sam będąc pod wpływem narkotyków, znacznie wykraczało poza wolę i zgodę tych dziewcząt. Tak dziewcząt, one miały zaledwie szesnaście lat, a najstarsza siedemnaście. Robił pan z nimi to, co kodeks karny określa jako zgwałcenie i to ze szczególnym okrucieństwem. Proszę jeszcze wziąć pod uwagę fakt, że każde z takich zachowań trwało niejednokrotnie przez nawet osiem godzin bez przerwy. Narkotyki pozwalały panu na długą aktywność, one jednak były po tym przez kilka dni chore. Musiał interweniować lekarz. Właścicielka tej agencji chcąc wymusić posłuszeństwo straszyła, że za karę pójdziesz do M., czyli do pana. Była to dla każdej z nich najgorsza kara.

- Przecież mogły nie pracować jako prostytutki – odpowiedział jej klient.

- Tylko teoretycznie. Były szantażowane i zastraszane. Wiedziały, że pomocnicy z tej agencji,  „ochroniarze”- jak pan woli, znaleźliby je i wówczas mogły się obawiać najgorszego. Jedna z nich zeznała, że gdy któraś uciekła, to kilka dni później znaleziono ją z twarzą polaną kwasem, kompletnie zniszczoną. Inna została tak zmasakrowana, że obecnie jest przykuta do wózka inwalidzkiego. Były też gorsze przypadki. Mówiłam już panu, że złożyły zeznania.

- Mogły się zwrócić do policji – próbował jeszcze argumentować M.

- Nie mogły. Śledztwo ujawniło, że zapobiegliwa właścicielka tej agencji często zapraszała policjantów z pobliskiego komisariatu by skorzystali z usług za darmo. Była to forma jej bezpieczeństwa i ochrony jej agencji. Każde zgłoszenie było natychmiast umarzane, a właścicielka otrzymywała pełną informację o takim zgłoszeniu i o osobie, która doniosła. To spowodowało, że dziewczyny bały się poskarżyć. Przecież to one wykonywały usługi policjantom i stąd wiedziały jaki jest układ. Żyjąc z przeświadczeniem bezkarności dla właścicielki agencji i jej pomocników bały się cokolwiek zrobić.

- Była jeszcze jedna rzecz – Kontynuowała Anna – a mianowicie w każdym pokoju, gdzie dziewczyny spotykają się z mężczyznami są dyskretnie zainstalowane kamery oraz jest założony podsłuch. Rozmowy z dziewczynami oraz obraz jest nagrywany. Dziewczyny, a także personel agencji dowiadywali się więcej o odwiedzających ustalając więcej szczegółów o ich życiu. Dysponując takim filmowym materiałem często szantażowali swoje ofiary, które nie wiedząc, o zwyczajach panujących w agencji nie krępowali się. Bywało, że sposób uprawiania seksu, często wysoce perwersyjny był dla nich bardzo kompromitujący. Dziewczyny doskonale o tym wiedziały. Były współwinne takiemu szantażowaniu i ta świadomość powodowała ściślejsze przywiązanie ich do agencji. Na marginesie tego mogę tylko dodać, że zbytnie zaufanie mężczyzn do takiego miejsca, gdzie rządzą zorganizowane grupy przestępcze, korzystające finansowo z tego procederu, to zwykła lekkomyślność.

- Tego nie wiedziałem, – dodał M.

- Dziewczyny miały także obowiązek namawiania klientów do kupienia drinka lub najlepiej kilku. Dla siebie i dla niej. Te są w takich miejscach bardzo drogie, jeden kosztuje od czterdziestu złotych. Klienci nie wiedzą jednak, że drink podawany dziewczynie nie zawiera alkoholu, jest tylko kolorem zbliżony do tego co ona dostała aby myślał, że płaci za alkohol. To, że one oszukują klientów powoduje, że razem z „obsługą” agencji okradają ofiary. Oprócz tego także i tym są szantażowane. Mówi się im, że przecież brały udział w oszustwie i one będą za to siedzieć, co silniej wiąże je z agencją.

- Ale ja nie przychodziłem do tej agencji, więc mnie nie sfilmowali. – Był niemalże dumny ze swojego sprytu.

- Tak, oczywiście. Jednakże zeznania tych dziewcząt połączone z pomocą medyczną potwierdzającą to, co mówiły, a także zeznaniami niektórych „ochroniarzy”, którzy zaczęli mówić dało taki materiał dowodowy jaki jest obecnie przedmiotem śledztwa w tej sprawie.

- Czyli, gdyby ich nie było, to sprawa byłaby dla mnie łatwiejsza? – zapytał ostrożnie M.

- Pozostaną ich zeznania ale bez bezpośredniego przesłuchania ich przed sądem może oznaczać, że sąd może nie oprzeć wyroku na tych zeznaniach. Jednakże one są.

- Powiem pani, do kogo się zwrócić, gdyby potrzebna była kaucja. To jest mój najbliższy współpracownik. On załatwia wszystkie moje sprawy. Proszę się z nim skontaktować.

Anna po wyjściu z więzienia zaczęła się zastanawiać nad tą sprawą. Jak to się stało, że dała się namówić na obronę człowieka, który nie rozumie, że wielokrotnie dopuszczał się takich przestępstw i uważał, że po to są kobiety by nimi pomiatać, a poza tym powinny być pozbawione jakichkolwiek praw. Zastanowiło ją także ostatnie zdanie M. ale tylko przez chwilę.

- Kilka dni później skontaktowała się ze wskazanym przez M. człowiekiem. Także był Arabem.

- Załatwię kaucję, jak tylko mi pani da znać ile trzeba. Mamy to swoich przyjaciół i nie ma żadnego w tym problemu. Żyjemy tu przecież w obcym kraju i musimy sobie pomagać wzajemnie. Czy pani może wie, gdzie są te dziewczyny, które uciekły, a teraz są świadkami?

- Dlaczego pan to chce wiedzieć? – zapytała Anna

- Może by się dało zapłacić im aby zmieniły zeznania. To i tak będzie mniej niż kaucja, a one dobrze na tym wyjdą. Są młode mogą sobie za te pieniądze ułożyć życie. Muszę do nich dotrzeć.

- Nie wiem, gdzie są. Miejsce ich pobytu zostało utajnione.

- Do czego on mnie namawia? – Pomyślała Anna, gdy już się rozstali. On chce abym pomogła mu przekupić świadków i nakłonić ich do złożenia fałszywych zeznań? To się pomylił. Nie będę w tym uczestniczyła. Przecież to jest przestępstwo. Długo jeszcze nie dawało jej to spokoju.

Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia przyszedł do niej ten znajomy jej klienta, z którym rozmawiała. Bez jakichkolwiek wstępów podał jej list. Zaczęła czytać. Było to wypowiedzenie obrony M.

- Skąd taka zmiana? – Zapytała przybysza.

- Znaleźliśmy adwokata, który ma powiązania. Myślę, że dzięki niemu możemy się dowiedzieć gdzie przebywają i skontaktować z tymi dziewczynami, a pani tego nie potrafi. Od tego zależy los M. To bardzo ważne dla niego. On już nie jest w stanie wytrzymać w areszcie, a co dopiero mówić w więzieniu. Nie o taką obronę nam chodziło. – Wstał i bez pożegnania opuścił jej kancelarię. Jeszcze raz popatrzyła na doręczoną jej kartkę. Gnana ciekawością, kilka dni później dowiedziała się, który to adwokat ją zstąpił w tej sprawie.

Minęło kilka miesięcy. Zaczepiła tego adwokata na korytarzu sądu.

- Przepraszam pana, pan bronił mojego byłego klienta M? – Zapytała go.

- Tak. Rzeczywiście była pani jego pierwszym obrońcą.

- Czy ta sprawa się skończyła?

- Został uniewinniony od wszystkich zarzutów. – Powiedział z dumą.

- Wydawało mi się, że dowody, w szczególności zeznania tych dziewcząt były mocne. – Bardziej stwierdziła niż zapytała.

- To pani nic nie wie? Znaleziono je zamordowane. Wcześniej były zgwałcone. Widocznie znowu weszły na drogę prostytucji, która widać nie była dla nich zbyt życzliwa. Nie było możliwości przesłuchania ich bezpośrednio przed sadem, a pojawiły się nowe dowody, które poddawały pod wątpliwość ich zeznania i sąd uniewinnił M. Muszę dodać, że on bardzo się z tego uieszył.

- Dziękuję za informację. – Powiedziała Anna odchodząc.

Kot i satanista

Dodano 5 czerwca 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

Anna w todze adwokackiej stała przed salą rozpraw i czekała na wywołanie sprawy. Została wyznaczona przez sąd do obrony siedemnastoletniego chłopca. Sprawa wydawała jej się tak odrażająca, że nie mogła się wręcz przełamać by go bronić.

- Nie mogli kogoś innego wyznaczyć do tej sprawy? – pomyślała. Wiedziała jednak, że w tym zawodzie nie ma się wyboru.

Kilka dni temu zapoznała się z aktami tej sprawy. Jeszcze do tej pory czuła głęboki niesmak. Teraz, czekając na rozprawę ponownie analizowała w myślach okoliczności tej sprawy.

Wszystko zaczęło sie od znamiennego w życiu tych, zdawałoby się spokojnych ludzi zdarzenia. Myli szczęśliwym małżeństwem. Czasami dochodziło do nieporozumień ale na tyle drobnych, że nie miały one znaczenia. Oboje pracowali, oboje byli pochłonięci karciarami zawodowymi. O czymś zapomnieli.

Wacław wszedł do mieszkania. W rekach trzymał kota. Ufne zwierze łasiło się do niego. Ciepło rąk chłopca wywoływało tak charakterystyczne mruczenie zadowolenia.

- Zjesz coś? – zawołała do niego mama z kuchni. Rozmawiała z ojcem.

- Nie. – odburknął. Miał teraz inne zajęcie. Chciał jak najszybciej oddać cześć szatanowi. Pomodlić się do niego i prosić o ochronę przed złymi ludźmi. Sam jednak musiał czynić zło aby się przypodobać temu najgorszemu. Ale najgorsze zło, widząc swojego naśladowcę   właśnie z tego powodu zaopiekuje się nim. Musi zatem udowodnić szatanowi, że go czci i sam staje się taki jak On.

Wacław był drobnej budowy. Nie był silny ani odważny. Zawsze podziwiał tych, którzy prężyli muskuły, nikogo się  nie bali, z radością wręcz popychali takiego jak on słabeusza. Wiedzieli, że się im nie postawi. Musiał  być jakiś sposób aby ich przekonać, żeby i w nim dostrzegli kogoś silnego. Wtedy nie będą go już szturchali, przezywali i będzie miał ich szacunek. Może nawet stanie się ich przywódcą – marzył tak czasami.

Od progu od razu skierował się do swojego pokoju. Tu miał swój azyl, swoją prywatność, to był jego pokój i tu będzie odprawiał czarne nabożeństwo. Odwrócił krzyż wiszący przy drzwiach. Zapalił kilka świeczek. Do ręki wziął kotka. Poczuł szorstki język zwierzęcia na swoich palcach i znowu usłyszał pomrukiwanie. Nie czekał.

Przyłożył kotka grzbietem do ściany, rozłożył jego łapki i w jedną z nich zaczął wbijać gwóźdź. Chwilę później zrobił to samo z drugą łapką. Spojrzał z satysfakcją na przybitego do ściany za łapki kotka. Nie zwracał uwagi na przeraźliwe, pełne bólu i rozpaczy miałczenie. Wyjął nóż. Na głos powiedział

- To dla Ciebie, mój Mistrzu, uwielbiam Ciebie i udowodnię Ci, że jestem Ciebie godzien.

Powoli zaczął rozcinać kotu brzuch. Widział wnętrzności. Ciął coraz szybciej, Głos kota był tak przeraźliwy, że nie mógł być niezauważony przez rodziców.

Pierwsza do pokoju wbiegła matka. Spojrzała najpierw na syna, a po chwili przeniosła wzrok na ścianę. Oniemiała. Z zaciśniętej krtani nie udawało jej sie wydobyć głosy. Stała tylko i patrzyła z coraz większym niedowierzaniem i przerażeniem. Zaraz za nią stanął w drzwiach ojciec. Spojrzał i wszystko naraz zrozumiał. Rzucił się w kierunku syna, chciał mu odebrać nóż, chciał by jego syn przestał rozcinać brzuch kota, chciał aby się to wszystko jak najszybciej skończyło. Wówczas stało się coś, czego nie przewidywał. Chłopiec wbił ojcu nóż w brzuch. Spojrzeli na siebie. Dostrzegł w oczach syna jakąś satysfakcję połączoną z nienawiścią. Właśnie to spojrzenie syna było najgorsze.

Ojciec cofnął się i wybiegł z pokoju trzymając się za brzuch. Za sobą usłyszał jeszcze głos syna.

- Jestem satanistą i mój Pan mnie wspomoże. Nienawidzę was.

Poczuł krew przeciekającą między palcami. Zadzwonił na pogotowie. Po chwili wahania także i na policję. Przyjechali niemal równocześnie. Cios nożem okazał się niegroźny. Syna skuli kajdankami i po sfotografowaniu zakrwawionej ściany do której nadal był przybity kot, zabrali ze sobą.

Anna zastanawiała się nad tym, jakiej użyć argumentacji w tej sytuacji. Każda była niewłaściwa. Będąc jego obrońcą mogła jedynie wskazać na takie okoliczności, które są na korzyść oskarżonego, nie wolno jej było zachować się odmiennie, takie jest prawo. Tu właśnie miała dylemat, nie widziała takich okoliczności, które mogłaby przytoczyć w tej sprawie.

- To pani jest obrońcą mojego synka? – Pochłonięta targającymi nią wątpliwościami, jak bronić, usłyszała jak gdyby z oddali czyjś głos. Stanęła przed nią zadbana, średniego wzrostu kobieta. To ona zadała to pytanie. Miała czerwone od płaczu oczy. Nie zdołała tego ukryć kosmetykami.

- Mój syn nazywa się Wacław. – dodała po chwili.

- Tak. – Było to wszystko, co Anna była w stanie w tym momencie powiedzieć.

- Proszę pani, pani mecenas, – poprawiła się zaraz. – To jest dobry chłopiec. On tylko wpadł w złe towarzystwo. Dlatego tak się zachował. On nie jest zły.

- Twierdzi, że jest satanistą. – Odpowiedziała czując narastający w niej gniew.

- On tak tylko mówi, ale on nie wie co to jest. Jest jeszcze taki dziecinny. – Mówiła i widać było na jej twarzy rozpacz. Anna nie wytrzymała.

- Czy pani zdaje sobie sprawę, kto to jest satanista? To człowiek, który czci szatana, a więc najgorsze zło. Taki człowiek w imię szatana chce wyrządzać krzywdę. Stara się być podobnym do zła i stać się także samym złem. Nienawiść jest najważniejszym elementem tej wręcz religii. Ma pani rację, jest młody, dlatego na razie mordował kota, ale zaraz po tym nie miał żadnych skrupułów by ugodzić nożem pani męża, a przecież swojego ojca. Co dalej. Przez panią przemawia zaślepiona do syna miłość, która nie pozwoliła właśnie pani dostrzec, co on myśli, co czuje, co robi? Czy przyszło pani do głowy, że to właśnie pani jest odpowiedzialna za jego wychowanie, a wychowanie to był pani obowiązek. Nie wystarczy dbać o to by dziecko zjadło obiad, to nie ma nic wspólnego z wychowaniem. To pani wina, że on taki jest. Gdzie pani była, gdy on przeobrażał się w czciciela szatana? – Przerwała na chwilę.

Widziała twarz stojącej przed nią kobiety. Patrzyła jak gdyby niczego nie rozumiała, nie rozumiała słów adwokatki. Przyszła żeby ratować swojego synka i tylko to ją obchodziło.

- Pani syn – kontynuowała Anna – jest czcicielem szatana a zatem czci zło. Jego filozofia jednak jest pokrętna i spaczona. Jak on czyni zło, to jest dobrze, bo jest przecież satanistą. Czy jednak będzie nadal satanistą, jeżeli ktoś inny będzie czynił zło jego kosztem? Czy i wtedy, gdy zostanie pobity przez współwięźniów, gdy sprowadzą go do roli ich służącego? Czy i wtedy będzie uważał, że najwyższą wartością jest zło, ale tym razem zło czynione wobec niego? Może lepiej, że tak się stało we wczesnym okresie jego psychicznego rozwoju. Ale aby się przekonał czym jest zło musi sam je poczuć na własnej skórze. Może go to zatrzyma, gdy uświadomi sobie czym naprawdę jest ta obłąkana religia, którą przyjmuje w jedną stronę ale nie wobec siebie.

- Niech go pani ratuje – odpowiedziała kobieta – zapłacę pani. – Sięgnęła ręką do torebki szukając portmonetki.

- Nie chce od pani pieniędzy. Natomiast dużo więcej pani zrobi, gdy wreszcie zajmie sie pani jego wychowywaniem. Ma dopiero siedemnaście lat i nie jest jeszcze za późno.

Godzinę później sąd ogłosił wyrok. Sześć miesięcy pozbawienia wolności. Okolicznością łagodzącą jest młody wiek oskarżonego – dodał sędzia w uzasadnieniu wyroku. Natomiast okolicznością obciążającą jest, że oskarżony nadal deklaruje, że będzie czcił szatana czyli nadal będzie wyrządzał zło. Może pobyt w więzieniu uzmysłowi mu czym może być zło. Bezkrytyczna postawa  jego matki nie rokuje zmian w procesie wychowawczym syna. Sąd będzie musiał zawiadomić sąd rodzinny aby dokonał oceny dotychczasowego wychowania jej syna w kontekście pozbawienia jej władzy rodzicielskiej.

- Nie spełniła pani swoich obowiązków, obowiązków matki. – Dodał zwracając się bezpośrednio do kobiety.

Anna nigdy już ich nie spotkała i cieszyła się z tego.

Kara za miłość do bandyty

Dodano 29 maja 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Anna przyszła do swojej kancelarii adwokackiej. Miała nadzieję, że może dzisiaj nie będzie klientów. Czuła się zmęczona po całodniowym procesie. Najchętniej pojechałaby do domu. Otwierając drzwi wiedziała już, że to tylko marzenie. Wśród czekających była młoda i atrakcyjna kobieta. Jej ciemne włosy i szczególnie piękne oczy robiły wrażenie nie tylko na mężczyznach. Weszła jako ostatnia.

- Nazywam się Karolina M. – powiedziała podając rękę. Chwilę później opowiadała o problemie, który ją przerastał – Byłam krótko związana z mężczyzną, z którym mam córkę, Gabrysię – zaczęła – ma już dwanaście lat – Anna słuchała ją uważnie.

- Bardzo kocham córkę. Jej ojciec okazał się zwykłym dziwkarzem. Tego nie zniosłam. Zostałam sama z córką. Byłam pewna, że już nikt mnie nie zainteresuje, a wszelkie podchody do mnie ignorowałam. Jednak do czasu. Spotkaliśmy się przypadkiem, na imprezie integracyjnej. Oboje pracujemy w tym samym banku, ale w różnych oddziałach. Nie znaliśmy się dotąd. Przystojny, dobrze zbudowany i pewny siebie. Taki typowy męski typ. Takiego kobiety kochają i głupieją na jego widok. On wydawał się szarmancki, dowcipny i gdy spojrzał na mnie, to tak jak gdyby przeszył mnie prąd. Poczułam się jak nastolatka. Nie mogłam wręcz oderwać od  niego wzroku. Podszedł do mnie ze szklanką Bourbona, którą mi wręczył. Odruchowo wzięłam.

- Nazywam się Andrzej. Nie znamy się jeszcze.

Stuknęliśmy się szklankami jak dobrzy przyjaciele. Rozmowa od razu potoczyła się tak, że miałam wrażenie że znamy się od dziecka. Cały wieczór spędziliśmy razem zupełnie jak gdyby nikogo innego nie było. Integrowaliśmy się. Opowiedziałam mu o swoich perypetiach, o córce. On opowiedział o swoich. Dowiedziałam się, że ma dwóch synów w wieku trzynastu lat, bliźniacy. Żona odeszła od niego rok temu. Podobno kogoś poznała i zostawiła jego i synów. Nie wie nawet gdzie przebywa, a chłopcy też już za nią nie tęsknią. Mają do niej ogromny żal.

Karolina zamyśliła się na krótko i po chwili kontynuowała opowieść. Anna pomyślała, że ta historia, jak wiele innych, nic nowego, szczególnego. Tani firmowy romans.

- Zaczęliśmy się spotykać, coraz częściej. Oboje byliśmy niezależni finansowo. On coraz mniej poświęcał swojej uwago synom, a ja córce. Byłam coraz bardziej zauroczona nim, może to była miłość? – tu zawahała się na moment – Widząc, jak bardzo siebie pragniemy, jak coraz bardziej zaniedbujemy dom, ja swój – on swój, postanowiliśmy zamieszkać razem. Mieliśmy nadzieję, że nasze dzieci się polubią i wszystko się dobrze ułoży. Któregoś dnia wprowadził się do mnie z synami. Początkowo wydawało się to dobrym pomysłem. Jednakże okazało się, że czym innym jest spotykanie się od czasu do czasu, nawet codziennie, a czym innym przebywanie z sobą przez cały czas. To przede wszystkim sprawa kompromisu. Żadne z nas nie miało na niego ochoty. Zaczęła się walka o dominację. Kto będzie rządził, a kto ma słuchać. Zaczęło się od jakiejś zupełnie nieistotnej sprawy. On miał ochotę pójść z kolegami na piwo, a ja miałam zostać z trojgiem dzieci w domu. Przyszedł pijany i zły. Coś tam nie poszło. Awantura. Uderzył mnie. Pierwszy raz. Byłam w szoku. Nikt mnie dotąd tak nie potraktował. Przepraszał mnie następnego dnia. Wybaczyłam po jakimś czasie ale jakaś drzazga została. Już nie byłam tak mu oddana jak na początku, wtedy wydawał mi się księciem z bajki. Brakowało mi mężczyzny, gdy byłam sama z córką. Może właśnie z tego powodu chciałam stworzyć mężczyznę idealnego …

Któregoś dnia, całkiem niedługo po tym zdarzeniu, zaczął krzyczeć na mnie. Nazwał mnie wówczas k… Ugotowałam mu zupę, której nie lubił, kojarzyła mu się z żoną, która właśnie takie najczęściej gotowała. Ostentacyjnie wylał ją do ubikacji. Przy dzieciach. Córka była przerażona i przyglądała mi się z uwagą. Czekała na moją reakcję. Przecież nikt nigdy tak się nie odnosił do mnie, byłam jej autorytetem. Jego synowie zaczęli się śmiać. Poczułam się zupełnie obdarta z szacunku. Oczywiście oczekiwał, że go przeproszę za tę zupę, a ja za to, że zrobił awanturę. Żadne nie przeprosiło. Przestałam gotować. To go rozwścieczyło.

- To są twoje obowiązki, ty szmato! – krzyczał. Znowu zrobił to przy naszych dzieciach. Widziałam, jak jego synowie patrzą na mnie. Nie słuchali mnie już. Stałam się dla nich nikim.

- Powinniście już przestać grać na komputerze i iść spać – powiedziałam potem do nich.

- Spadaj – usłyszałam w odpowiedzi.

Gdy Andrzej wrócił, poskarżyłam się na to.

- Nie wtrącaj do nich – odburknął jedynie. To nie twoje dzieci.

Sytuacja robiła się z dnia na dzień coraz gorsza. Już nie mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać. On odpowiadał mi po chamsku. Usiłował mnie zmusić abym była jego służącą. Miałam prać, prasować, robić zakupy, gotować jemu i jego synom, podawać do stołu z uśmiechem przylepionym do twarzy i dbać o niego. Zapominał tylko, że ja też pracuję, że także i on może gotować, robić zakupy, prać i tak dalej. Nawet nie pomagał mi w sprzątaniu mieszkania. Tu również zaprotestowałam. Przestałam sprzątać. Mieszkanie po jakimś czasie przypominało chlew. Zaczęły się problemy z pieniędzmi. Moimi pieniędzmi. Początkowo on za wszystko płacił, później tylko wtedy, gdy on robił zakupy. Ponieważ coraz częściej ja je robiłam płaciłam za nie sama. Nie dokładał się nawet do opłat za prąd, gaz i innych mieszkaniowych. Przecież korzystał z tego – on i jego dzieci.

Którego dnia podczas awantury, którą sprowokował za to, że nie posprzątałam uderzył mnie znowu. Nie poprzestał na jednym uderzeniu. Znowu przy dzieciach. Widziałam jak moja Gabrysia płacze. Wdziałam też złośliwe i pełne satysfakcji uśmiechy na twarzach jego synów. Ojciec ewidentnie imponował im tym, że ma przewagę, jest silniejszy, rządzi. Kibicowali mu. Do mnie nie mieli już szacunku, jakiegokolwiek. Ich ironiczne spojrzenia i wręcz głośne  komentarze pod moim adresem padały w jego obecności. Nie reagował na to. Było to jak przyzwolenie. Czuli, że ich ojciec akceptuje to. Moje uwagi były przez niego ignorowane. Pobita poszłam do lekarza. Nawet nie dlatego, żeby mieć dowód znęcania, ale dlatego że bardzo mnie bolała głowa po pobiciu. Miałam podbite oczy i wstydziłam się pokazać w takim stanie w pracy. Musiałam mieć zwolnienie.

- Przyszłam do pani, pani mecenas, bo nie wiem jak dalej postąpić. Uważam, że powinien się wyprowadzić z tymi swoimi wstrętnymi dziećmi. Chce tylko spokoju. Chcę żeby było tak jak dawniej, zanim się wprowadzili. Powiedział mi, żebym zapomniała o tym, że się wyprowadzi. Sprzedał swoje mieszkanie i tu już zostanie, a jak mi się to nie podoba, to sama mogę się wyprowadzić.

- Rzeczywiście jest to smutna i przykra historia – powiedziała Anna – Nie można dopuścić do tego żeby kobieta była poniżana przez mężczyznę, zmuszana do przyjmowania roli podległej jego kaprysom. On jak zwykły bandzior wykorzystuje swoją przewagę fizyczną, jest prymitywny.

- Tak – przyznała Karolina. Teraz to wiem, wcześniej  myślałam, że jak ma skończone studia, to jest na poziomie. Ale co mam teraz zrobić? Jak mogę pozbyć się go z mojego domu i życia? – spojrzała błagalnie w oczy adwokatki.

- Pani Karolino – zaczęła i widziała, że nie będzie to łatwe – Przede wszystkim musi mi pani powiedzieć, czy nadal go pani kocha i czy rzeczywiście chce pani zakończyć ten związek. To jest bardzo ważne. Od pani poglądu zależy, jakie można przedsięwziąć środki. Bez współdziałania z panią i pani determinacji przepisy prawa nie wystarczą.

- Nie kocham go i chcę zrobić wszystko, by się go pozbyć.

- W takim razie pierwszym posunięciem może być jedynie zwrócenie się do prokuratury z zarzutem jego znęcania się nad panią. Od tego należy zacząć.

- Ale ja nie mam dowodów. Ukrywałam to co się działo zarówno przed koleżankami w pracy jak i rodziną. Kto mi uwierzy?

- Ma pani dowody – odpowiedziała Anna z uśmiechem. Wspomniała pani, że lekarz stwierdził obrażenia ciała, głowy, popodbijane oczy i dał pani zwolnienie z pracy. Kolejnym dowodem są pani zeznania. Występuje pani w roli świadka, a zatem zeznania pani są dowodem w postępowaniu karnym. Kolejnym dowodem są zeznania pani córki. Przecież ona musiała być świadkiem tych zdarzeń, o którym mi pani powiedziała.

- Ale ona jest nieletnia.

- To nie ma znaczenia, nieletni może być również świadkiem. Świadkiem może być także ktoś, kto nie widział bezpośrednio zdarzeń ale widział u pani siniaki, dostrzegał pani gwałtowne przygnębienie, zachodzące w pani zmiany, widział zaczerwienione od płaczu oczy. Być może nawet zwierzyła się pani komuś w okresie, gdy to się działo. Jego synowie też są świadkami, chociaż na nich o tyle bym nie liczyła, że mają prawo nie zeznawać przeciwko swojemu ojcu. Jeżeli sprawca znęcania zaprzeczy, to jego zaprzeczenie jako pozostające w sprzeczności z innymi, mocnymi dowodami zostanie uznane za niewiarygodne.  Tylko od pani zależy, czy uruchamiamy na początek procedurę karną.

- A czy on się wyprowadzi, gdy zostanie skazany przez sąd? – zapytała Karolina.

- Sąd ma możliwość orzeczenia zakazu zbliżania się do pani, a także nakazanie mu wyprowadzenia się z pani mieszkania pod groźbą, że pójdzie do więzienia. – Anna znowu się uśmiechnęła do niej.

- Pani mecenas, wlała pani we mnie otuchę i wręcz radość, że znowu będzie tak jak dawniej, że się to wreszcie skończy. Ufam pani.

Minęły trzy tygodnie. Andrzej z dnia na dzień postanowieniem sądu został tymczasowo aresztowany.

 

*          *          *

            Gabrysia wróciła ze szkoły. Była szczęśliwa, że wreszcie nie ma znienawidzonego przez nią Andrzeja. On odebrał jej mamę na długi czas. Tylko jego dostrzegała zapominając o swojej córce. Potem mama była smutna, zapłakana, pochłonięta innymi zagadnieniami nie miała ani czasu ani serca dla córki. Gdy pojawił się, nic już nie było już tak jak dawniej. Za to go nienawidziła i za to, że się pastwił nad jej mamą. Bo mama jest tylko jej.

Radosna weszła do mieszkania. Początkowo wydało jej się, że nikogo nie ma. Przystanęła w przedpokoju. Usłyszała śmiech chłopców. Idąc do domu przez chwilę zapomniała o nich – od aresztowania  siedzieli wyłącznie w swoim pokoju, unikali ich, przychodzili tylko jeść – a i to nie zawsze. Ktoś musiał się nimi zająć, nawet własna matka nie pofatygowała się by ich zabrać … Ten śmiech ją zaniepokoił. Był szyderczy, głośny, zły. Zaniepokojona zawołała mamę. Śmiech ustał. Po chwili chłopcy wyszli z pokoju, minęli ze złośliwym spojrzeniem Gabrysię i śmiejąc się wyszli z mieszkania. Gabrysia tchnięta jakimś szczególnym niepokojem otwarła drzwi pokoju, z którego wyszli. Stanęła jak wryta. Chwile później straciła przytomność i osunęła się na podłogę. W głębi pomieszczenia, we krwi leżała jej mama. Miała rozpłataną głowę. Jej spódnica była uniesiona, zdarta i pomięta bielizna leżała obok. Miała rozrzucone szeroko nogi.

Sekcja zwłok wykazała, że umarła na skutek kilkakrotnego uderzenia ją w głowę siekierką do rozbierania mięsa. Każdy z zadanych jej ciosów był śmiertelny.

Chłopcy przyznali się do zabójstwa. Wyjaśnili, że motywem była zemsta. Widzieli jak on traktuje tę kobietę i nauczyli się od niego, że należy ją traktować jak zwierzę, bo zdaniem ich ojca była zwykłą suką, ich służącą. Ojciec w chwili gniewu wiele razy powtarzał, że ją zabije. Oni byli pewni, że należy ją zabić.

Odbyło się kolejne postępowania, a właściwie dwa. W wyniku jednego, chłopcy trafili do poprawczaka. Będą tam przebywali do czasu, gdy skończą dwadzieścia jeden lat. Drugie przeciwko ich ojcu – o podżeganie synów do zabójstwa. Anna zeznawała przed sądem o okolicznościach wskazujących na podżeganie. To ojciec wpoił im, że należy zabić. Zrozumieli to dosłownie i poważnie potraktowali nauki ojca. Myśleli, że dobrze robią. Przewrócił im gradacje wartości. O tym, że jego słowa były to jedynie metafory współczesnego mężczyzny – zapomniał dodać.

Gabrysia nigdy się nie otrząsnęła. Jej życie zawsze już będzie skażone tym doświadczeniem. Znienawidziła mężczyzn do końca swojego życia.

Niesamowita kombinacja oszustów

Dodano 21 maja 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Pani mecenas – zwrócił się do Anny młody człowiek – Niech pani wyciągnie  z tarapatów mojego kolegę. Aresztowali go dzisiaj w Sieradzu i siedzi w policyjnej izbie. 

- Co się stało? – zapytała nie komentując nawet w myślach sposobu, w jaki klient formułował „prośbę”.

- Mieliśmy firmę krzak, pani wie. Taką, co to istnieje tylko fikcyjnie. Chcieliśmy oskubać  kilka firemek, nic wielkiego.

Wysoki, dobrze zbudowany, pewny siebie. Anna nie przepadała za takimi typami. Wszystkich uważali za idiotów, a siebie za dużo lepsze egzemplarze. Mentalność Kalego. Jak oni kogoś oszukują – to jest to normalne i prawidłowe. Na odwrót – niekoniecznie. Dzielą ludzi wyłącznie na takich, którym się powiodło i na frajerów. Zgodnie z ich przekonaniami wszystkich należy „skubać” – po to w końcu są, naiwni. Praca? Kiedy znaleźć na nią czas, skoro należy się kasa i rozrywka,  poza tym przecież praca męczy. Ten mężczyzna doskonale pasował  jej do tego schematu. Rozsiadł się  bezceremonialnie w fotelu przed jej biurkiem i zaczął swoją opowieść.

- No więc, tak. Z kolegami postanowiliśmy zorganizować tę naszą firmę gdzieś daleko, ale nie za daleko. Wypadło że w Sieradzu. Kumpel sprzedał nam fałszywy dowód osobisty. Najbardziej podobny był do zdjęcia w dowodzie Andrzej i on pojechał do Sieradza. Tam zgłosił oficjalnie działalność gospodarczą, wynajął halę magazynową i małą kanciapę w środku, gdzie usytuowaliśmy siedzibę firmy. Nawet zgłosił formę do ZUS-u i Urzędu Skarbowego – wszystko po „bożemu”. Zaczęliśmy wysyłać zamówienie na towary po  wysokich cenach i wielu frajerów widząc wspaniały interes i zapach gotówki zaczęło przysyłać nam towary z odroczonym na miesiąc terminem płatności. Myśleli, że nas oszukują na tych cenach, bo w zamówieniach jakie kierowaliśmy celowo chcieliśmy niby zapłacić więcej niż stały ceny rynkowe. W tym samym czasie wysyłaliśmy oferty sprzedaży bardzo taniego towaru i wkrótce otrzymaliśmy sporo ofert. Sprzedawaliśmy za dużo niższą ceną niż kupowaliśmy. Pozornie głupio, ale na tym polegał deal. Oczywiście, tym którym sprzedawaliśmy – to tylko za gotówkę, a cena była tak atrakcyjna, że nikt nie chciał przegapić takiej okazji. Towar sprzedawaliśmy od ręki, normalnie zabijali się o niego.

- Nie baliście się, że ktoś was rozpozna? – zapytała Anna.

- Nie. Jesteśmy sprytni. Zawsze ktoś inny przyjmował towar na magazyn, a ktoś inny go wydawał. Przyjęcie na magazyn odbywało się w ten sposób, że jeszcze kto inny jechał na targ, gdzie łatwo można było zatrudnić na dniówkę robotników i ci rozładowywali lub załadowywali towar. Robotnicy to zwykli fizyczni – nie widzieli rzekomego magazyniera ani nikogo innego. Pracując z takimi ludźmi nie obawialiśmy się rozpoznania przez nich. Interes tak się rozkręcił, że mieliśmy towar z różnych stron, od różnych przedsiębiorstw, a kupujących jeszcze więcej. Plan był prosty: kasa dla nas, za zamówienia nie płacimy, drobne dla robotników od rozładunku. Mieliśmy tak działać tylko dwa miesiące. Po miesiącu dostawcy oczywiście zaczęli się upominać o pieniądze, ale ich zbywaliśmy pod różnym pretekstem. Wysyłaliśmy im dowód potwierdzenia wpłaty, oczywiście fałszywy ale wystarczało by ich na jakiś czas uspokoić. Później żeśmy ich przepraszali, zapewniali,  tłumaczyli, że nastąpiła jakaś pomyłka. Oni za każdym razem dostrzegali w tym nasza dobrą wolę i niespecjalnie naciskali. Nawet przesyłaliśmy tym firmom polisę ubezpieczeniową jako gwarancję zapłaty. Z ubezpieczycielem też umówiliśmy się, że zapłacimy przelewem za dwa tygodnie ale oczywiście nikt tego nie zrobił, zgodnie z założeniami. Zresztą zanim zaczęli nam grozić wypowiedzeniem umowy ubezpieczenia, to i tak już miało nas tam nie być. Potrzebna nam była tylko polisa. W sensie papier. Ubezpieczyciel potwierdzał, że taka umowa obowiązuje. To wystarczyło. Za magazyn też żeśmy nie płacili. Na samym początku umówiliśmy się, że zapłacimy jak się interes rozkręci, czyli po dwóch miesiącach. Właściciel grzecznie czekał. Pokazaliśmy i jemu, że nasza firma jest ubezpieczona. Z ZUS-u i Urzędu Skarbowego uzyskaliśmy zaświadczenie, że nie zalegamy z płatnościami wobec Skarbu Państwa. Zresztą była to prawda, przecież na ZUS było za wcześnie, a podatek jest od dochodu, którego przecież nie wykazywaliśmy. Wszystko było przemyślane i szło dobrze.

- Co się takiego wydarzyło, że został zatrzymany jeden z waszej grupy?

- Właśnie to jest najdziwniejsze, nie wiem. Ponieważ on siedzi, nie wiemy nawet o co go pytają. Nie wiem nawet jak go znaleźli. Wiem, że minęły już te dwa miesiące ale to i tak za wcześnie, aby kogoś zatrzymali. Chodzi mi o to, żeby pani pojechała i spróbowała go wyciągnąć. Ważne jest też i to aby on wiedział, że my się nim interesujemy i w razie czego mam adwokata. Żeby nie sypał.

- No dobrze – powiedziała Anna – Każdy zatrzymany może mieć obrońcę – Po chwili jednak zapytała o coś innego.

- Jak on się nazywa?

-Tu właśnie może być problem – odpowiedział z ociąganiem – To jest ten, który posługiwał się skradzionym dowodem. Nie wiem, czy został zatrzymany pod własnym czy cudzym nazwiskiem.

- Jak mam o niego pytać? Przecież jeżeli zapytam wskazując fałszywe nazwisko, może się okazać, że wiem więcej niż powinnam, a jeżeli o jego prawdziwe, to będę mniej ryzykowała. Policja może nie skojarzyć, o kogo pytam, najwyżej pomyślą, że się z roztargnienia pomyliłam. Proszę mi zatem podać lepiej jego prawdziwe dane.

Podał jej potrzebne dane zatrzymanego. Wręczyła mu pełnomocnictwo do podpisania.

- Proszę wpisać także swoje, ponieważ w sytuacji, gdy dana osoba jest zatrzymana, każdy może mi podpisać pełnomocnictwo upoważniając mnie tym samym do jego obrony. W takim wypadku osoba upoważniająca musi podać o sobie te informacje, które pozwolą na jej identyfikację.

- Tym samym muszę ujawnić siebie – powiedział z wahaniem młody mężczyzna. Dostrzegła błysk niepokoju w jego oczach.

- Ma pan rację. Jednak moje pełnomocnictwo nie będzie ważne bez pana danych. Poza tym skoro nikt nie łączy pana z przekrętem, nie ma się pan czego obawiać. Zatroskany przyjaciel to jeszcze nie przestępca.

Podpisał czytelnie imieniem i nazwiskiem pełnomocnictwo, które wcześniej wypełnił podając nawet swój adres.

Anna rano następnego dnia pojechała do Sieradza. Gmach policji okazał się okazałym budynkiem z ogromna ilością anten na dachu. Poprosiła w sekretariacie o wskazanie, kto prowadzi sprawę jej klienta. Czekała niecałe dziesięć minut. Podszedł do niej policjant i poprosił o legitymację adwokacką i pełnomocnictwo.

- Zapraszam do mojego pokoju – powiedział i wskazał jej drogę. Jego pokój okazał się niewielkim, zagraconym gabinecikiem urządzonym jak wszystkie takie pokoje. Usiadła na niewygodnym krześle.

- Czy pani właściwie wie, o co jest oskarżony pani klient i czego dotyczy sprawa?

- Nie. Dostałam pełnomocnictwo od jego kolegi, który wiedział tylko tyle, że Andrzej został zatrzymany. Prosił mnie o informacje na ten temat, a gdyby sprawa okazała się poważniejszą – o obronę. Z tego powodu tu jestem – Anna przyglądała się badawczo policjantowi. Sprawiał wrażenie podejrzliwego i nieufnego. Nagle ku zdziwieniu Anny wstał, przeprosił ją i wyszedł z jej pełnomocnictwem w ręku z pokoju bez słowa wyjaśnienia. Wydało jej się to co najmniej dziwne. Wrócił po kilku minutach.

- Musiałem skonsultować tę sytuację z przełożonym – Powiedział i usiadł za biurkiem. Spojrzał uważnie na Annę, jak gdyby się jeszcze wahał. Anna czuła narastający niepokój. Coś  wyraźnie było nie tak.

- Sprawa rzeczywiście jest poważna. Nawet bardzo poważna. Pobieżnie powiem, co mamy. Oczywiście wiemy już o przekręcie. Nie znamy jeszcze wszystkich członków grupy. Kwestia czasu. Mam podstawy przypuszczać, że to właśnie ktoś z jego grupy udzielił pani pełnomocnictwa. Był oczywiście zainteresowany losami zatrzymanego kolegi, ale bardziej swoim bezpieczeństwem z obawy, że nasz zatrzymany będzie dużo mówił. Poza tym niepokoi go to, że stracił kontakt z kolejnym członkiem grupy o imieniu Władek. Zapewne usiłuje ustalić czy i jego nie zatrzymaliśmy. Pani ma ustalić dla niego także i tę okoliczność.

- Nie słyszałam o nikim takim – odpowiedziała spokojnie zachowując czujność – moje pełnomocnictwo ogranicza się tylko do obrony Andrzeja. Nie mam dalej idącego zlecenia – odpowiedziała wymijająco.

- Niestety, sprawa jest poważniejsza niż się pani wydaje… Naprawdę nie usiłuję od Pani wyciągnąć podstępem informacji – powiedział na wpół zrezygnowanym tonem.

- Postaram się wyjaśnić, co mam na myśli. Dostaliśmy zawiadomienie, że w wynajętym magazynie znaleziono zwłoki mężczyzny. Wysłaliśmy śledczych. Po oględzinach okazało się, że mężczyzna został bez wątpienia zamordowany. Obrażenia i rany na ciele dowodzą, że wcześniej był torturowany i to wyjątkowo brutalnie. Podejrzewamy, że zrobił to ktoś, kogo oni oszukali – czyli któregoś z dostawców towaru. Musieli trafić wyjątkowo paskudnie, na mafię lub jakąś niebezpieczną grupę, która działała pod legalną przykrywką. Sprzedawali swój towar legalnie, ale faktycznie była to zasłona dla ich rzeczywistej działalności. Szybko zorientowali, że nasz zatrzymany i jego koledzy oszukali ich jak małe dzieci. Zareagowali z zemsty. Najprawdopodobniej zaczaili się. Widząc kogoś, jak otwiera kluczami magazyn z towarem mieli już pewność, że to jeden z oszustów. Sądzimy, że wymusili torturami całą informację o przekręcie i wspólnikach. Nam udało się zatrzymać tylko Andrzeja, a i to zupełnie przez przypadek. Facet nie wiedząc o niczym zwyczajnie wszedł do magazynu gdzie byli nasi w czasie czynności czekając na ekipę kryminalną. Niestety, jest cholernie lojalny i nie chce z nami współpracować. Jest przy tym głupi, wiedząc co się stało z Władkiem… Faktem jest, że ma alibi i wiemy już, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią Władka, był jego wspólnikiem. Dokonaliśmy przeszukania i znaleźliśmy przy nim prawdziwe i fałszywe dokumenty.

Zamyślił się przez chwilę.

- Nasze domysły są proste: zwłoki odkryliśmy wczoraj rano, Andrzej został zatrzymany zaraz po tym. Musiał zatem być ktoś jeszcze z tej grupy kto albo widział jak wyprowadzamy podejrzanego albo łatwo się o tym dowiedział. Być może nie wchodził do magazynu obawiając się, że i on zostanie zatrzymany, uciekł – potem nie pojawił się już w magazynie, zatem nie wie nic o tym, co stało się w Władkiem. Prawdopodobnie pomyślał, że złapaliśmy ich obu na przekręcie. Być może wspólników było więcej, może informator zadzwonił potem do tego, który przyszedł do pani wczoraj. Jedno jest pewne – on nic nie wie o zabójstwie. Przyznaję, że w czasie naszej rozmowy wysłaliśmy drogą radiową polecenie natychmiastowego zatrzymania go korzystając z danych z pani pełnomocnictwa. Nie chodzi  już o przekręt, do tego tematu jeszcze wrócimy, ale obawiam się, że ci, którzy zamordowali Władka pojechali do pani zleceniodawcy i do innych członków grupy. Oceniając ich sposób działania i brutalność mogą ich zamordować z zemsty i mają w tym wprawę. Pani przyjazd dzisiaj i nieświadome wskazanie kolejnego członka grupy być może uratuje mu życie. Mam nadzieję, że zdążą…

- Co będzie z Andrzejem? – zapytała pamiętając, po co naprawdę tu przejechała.

- Jego wypuścimy dopiero wówczas, gdy się upewnimy, że zatrzymaliśmy zabójców. Tylko w ten sposób możemy mu uratować życie. Zresztą do pełnych czterdziestu ośmiu godzin jeszcze brakuje.

Anna wróciła do siebie. Nie widziała się z Andrzejem. Nie chciała. Nie wiedziała co mu powiedzieć w tej sytuacji. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Mijały kolejne dni ale nikt się do niej nie zgłosił. Nigdy też nie zobaczyła tego, który podpisał jej pełnomocnictwo. Nie dawało jej spokoju, czy policja wówczas zdążyła. Nie mogła tej informacji uzyskać drogą telefoniczną, a z drugiej strony nie chciała jechać do Sieradza tylko po to, by zadać to pytanie. Czy dla niej odpowiedź na to pytanie była jednak ważna? Być może czasem lepiej nie wiedzieć.

Mąż, żona i znęcanie

Dodano 14 maja 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Anna przyjmowała w swojej kancelarii adwokackiej klientów. Czuła się zmęczona. Wcześniej na rozprawach spędziła czas aż do obiadu, a teraz pracowała w biurze.

- Dobrze, że to już ostatni klient, mam nadzieję, że nie będzie długo – pomyślała.

Na progu stanęła kobieta w średnim wieku. Na pierwszy rzut oka nieco zaniedbana. Widać było po niej wewnętrzne cierpienie. Usiadła i cicho czekała.

- W czym mogę pani pomóc? – odezwała się Anna po chwili.

- Pani mecenas – cicho odparła kobieta – nazywam się Katarzyna S. Ja chciałam aby mi pani pomogła. Ja już nie mam siły. Mój mąż to kawał drania. Bije mnie, wyzywa od najgorszych. Ja gotuję mu, piorę, prasuję, zajmuję się dziećmi, a on nic nie robi, ciągle pijany i ciągle zły. Kilka dni temu wybił mi dwa zęby. Wcześniej zdarzało się, że mi podbił oko ale myślałam, że to jakoś przetrzymam, że dla dzieci… Wie pani, jestem kobietą, powinnam… – przerwała na chwilę. W oczach miała łzy.

- Mam dwoje dzieci, są małe – po chwili kontynuowała – to dla nich z nim jestem. Miałam nadzieję, że on się opamięta, że przestanie. Dzieci się go boją. Sąsiedzi ciągle się pytają co się u nas dzieje, ciągle krzyki, awantury. Widzą mnie posiniaczoną, z podbitymi oczami. Przypuszczam, że w gruncie rzeczy domyślają się co się dzieje ale poza pytaniami, na które znają odpowiedź nic się nie dzieje. Jego w naszej wsi wszyscy znają, że jest bitnik. Jak mu ktoś wejdzie w drogę, to zaraz go uderzy. Boją się go. Tak więc ja nie mam się do kogo zwrócić.

- Dlaczego pani po prostu nie odejdzie z dziećmi od niego? – zapytała Anna

- Nie mam dokąd pójść. We wsi gadają, że on sobie upatrzył taką jedną w sąsiedniej wsi i do niej ciągle chodzi. Ona sprzedaje w niewielkim, wiejskim sklepiku i on ciągle tam przesiaduje. Jak wraca do domu, to mnie bije. Przeszkadzam mu… Jestem ciężarem.

- Próbowała pani wezwać policję? – zapytała Anna przerywając opowiadanie przybyłej.

- Co tam policja zrobi? Nawet jak przyjadą to i tak mu nic nie zrobią, a jak pojadą, to dopiero będzie mnie za to bił, że ich na niego nasłałam. Wolę po prawdzie nie wzywać policji, przynajmniej nie będzie się mścił za to a i przed sąsiadami nie będzie wstyd.

- Co zatem spowodowało, że właśnie dzisiaj pani do mnie przyszła? Stało się coś nowego?

- Pani mecenas, ja bym nie przyszła ale ja już nie mogę. Tak, stało się. Wczoraj włączyłam pralkę. Taką Franię, jakiej już nikt nie używa bo są inne. Ale nas nie stać było, więc jest ta Frania. To taki walec, w którym jest pranie. Na prąd. Gdy wróciłam żeby zobaczyć, czy zmienić pranie, to mnie tak kopnął prąd, że o mało nie straciłam przytomności. Gdy trochę doszłam do siebie, oglądnęłam pralkę.

- Dlaczego mnie tak kopnęło? – pomyślałam. Naraz zobaczyłam i wszystko zrozumiałam. Uziemienie od tej pralki było przepięte tak, że by mnie prąd poraził. Celowo. Tylko mój mąż był w domu i tylko on mógł to zrobić. Wie jak. On chciał mnie zabić. To już druga jego próba. Wcześniej, jakieś dwa tygodnie temu dodał mi do jedzenia strychninę. Wie pani, to taka trutka na szczury. Była akcje odszczurzania i on wtedy musiał wziąć trochę tej trucizny. Potem dosypał mi do zupy na talerzu, gdy na chwilę odeszłam. To on kazał mi sprawdzić, czy ktoś jest przy furtce, nie było nikogo ale on specjalnie kazał mi sprawdzić. Wtedy mi dosypał. Dzieci się rozwrzeszczały i nie skończyłam jeść zupy. To mnie uratowało. Potem bardzo źle się czułam, miałam wymioty i gorączkę. Przez kilka dni było mi słabo i ciągle wymiotowałam, bolał mnie brzuch. Nie wiedziałam co się stało ale ja za jego łóżkiem znalazłam schowane resztki trutki na szczury. Wtedy wszystkiego się domyśliłam. Nie przyznałam mu się, że wiem ale od tego czasu na jedzenie już bardzo uważam. Tak było aż do wczoraj. Wtedy zrozumiałam, że on nie odpuści póki się w końcu nie uwolni ode mnie. Dlatego dzisiaj przyszłam – boję się.

- Sprawa jest trudna – powiedziała Anna po chwili – Czy ma  pani świadków, że mąż się nad panią znęca?

- Nikt nie pójdzie na świadka. Wszyscy się go boją. On jest taki mściwy.

- Ile lat mają pani dzieci?

- Jedno trzy latka, drugie cztery.

- Proszę pani – Anna wiedziała, że znęcanie musi udowodnić. Nie wystarczą same słowa pokrzywdzonej kobiety – Niech mnie pani uważnie posłucha. Przed sądem to pani musi udowodnić to, co pani mówi. Potrzebne są dowody, inne niż tylko pani zeznania. Wróci pani do domu i gdy tylko panią znowu uderzy, proszę się zgłosić zaraz z tym do przychodni. Powie pani lekarzowi co się stało i skąd siniaki. Tak zdobędziemy dowód.  Proszę mimo wszystko wzywać policję w razie awantury. Interwencje są notowane – da nam to kolejny dowód. Gdyby mąż panią bił, proszę uciekać najlepiej do sąsiadów lub tak, gdzie są ludzie tak aby mogli panią ochronić i jednocześnie wiedzieć, co się dzieje. Przy ludziach mąż nie będzie pani bił. Tymczasem zawiadomię w pani imieniu prokuraturę. Jeżeli chce pani zatrzymać męża w znęcaniu nad panią, musi pani postępować tak jak pani doradzam, nie ma innego sposobu.

Anna złożyła zawiadomienie o znęcaniu do prokuratury. Wiedziała, że teraz policja przyjedzie do domu jej klientki albo wezwie jej męża na przesłuchanie, a wcześniej ją samą – by ta złożyła zeznanie.

Minęło kilka tygodni. Jej klientka nie przyszła od tego czasu. Widocznie nic się nie zmieniło, myślała Anna. Wiedziała, że mąż klientki został przesłuchany przez policję.

Tymczasem Katarzyna S. odebrała dzieci z przedszkola i wróciła do domu. Od razu się zorientowała, że coś jest nie tak. Co prawda nie było nowością, że jej mąż był pijany i agresywny, ale gdy tylko ją zobaczył natychmiast się rzucił do bicia wywracając krzesła.

- Co ty sobie wyobrażasz! A masz! Na policję na mnie poszłaś ty…! Nauczę cię rozumu! -Poczuła uderzenie w głowę. Odruchowo zasłoniła twarz. Siła uderzenia powaliła ją na podłogę. Wiedziała, że to nie koniec, teraz będzie ją bił do nieprzytomności. Słyszała jakby z oddali płacz dzieci, wiedziała, że patrzą. Kierowana jakimś nieznanym dotąd impulsem wyrwała się,  zrobiła obrót i stanęła chwiejnie na nogach. Zatoczyła się. Po omacku chwyciła stający na stole flakon i uderzyła nim męża w głowę. Widziała jak rozsypuje się szkło, na jego głowie pojawiła się krew. Nie zastanawiając się natychmiast rzuciła się do ucieczki. Byle dalej, byle zdążyć. On był zbyt zaskoczony tym co się stało. Zanim się zorientował ona wybiegła przez drzwi na podwórko. Oszołomiony uderzeniem i zaskoczony nie zareagował tak szybko. Nigdy dotąd go nie uderzyła. Nie śmiała.

- Co się stało? – pomyślał gniewnie biegnąc za nią. Uciekła. Z telefonu sąsiadów zadzwoniła po policję. Czekała aż przyjadą.

Dopiero pół godziny później przyjechali. Było ich dwóch, obaj młodzi. Podeszli do furtki. Na ich widok wybiegł z domu.

- Czego tu?! – wrzasnął do nich.

Zawahali się. Leniwie weszli na podwórko. Wówczas stało się dla nich coś nieprzewidzianego. Chwycił wbitą w pieniek do rąbania drewna siekierę i znienacka ruszył w ich kierunku.

- Zaraz wam łachudry łby poucinam! – krzyknął i zamachnął się siekierą. Nie czekali, rzucili się do ucieczki. Chwilę później meldowali przełożonemu o incydencie. Po dziesięciu minutach przyjechali inni, bardziej doświadczeni. Uzbrojeni. Na początek użyli gazu,  zagrozili wyciągniętą bronią. Odrzucił siekierę dopiero gdy padł ostrzegawczy strzał w powietrze. Policjant skierował broń w jego kolano. Nie kusił losu. Wiedział, że zaraz przestanie chodzić.

Dwa miesiące później odbyła się rozprawa. On do tego czasu pozostawał w areszcie. Anna obserwowała swoją klientkę, gdy ta składała obszerne zeznania przed sądem. Powiedziała o wszystkim, jak była bita i poniżana, jak bardzo się go bała i nadal się go boi. Jak znerwicowane są dzieci. On spoglądał na nią spode łba, niczym nie wzruszony. Jego postawa robiła na sądzie złe wrażenie.

- Proszę pani – przed rozprawą Anna odezwała się do Katarzyny – zwykle tak jest, że sądy za pierwszym razem skazują sprawców znęcania na karę z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, niestety musi się pani z tym liczyć. To najczęściej pomaga. Sprawca boi się, że już za drugim razem pójdzie do więzienia i przestaje się znęcać.

Po naradzie sąd ogłosił wyrok. Dwa lata bezwzględnego pozbawienia wolności dla oskarżonego. Tak surowy wyrok sędzia uzasadnił tym, że sprawca w wyjątkowo agresywny sposób znęcał się nad żoną i stąd należy go też wyjątkowo potraktować. Wskazał na zachowanie oskarżonego wobec policjantów.

- Skoro oskarżony – referował sędzia wpatrując się już z jawną niechęcią w oskarżonego – nawet policjantów się nie bał i rzucił się na nich z siekierą, to dowodzi, jak musiał traktować pokrzywdzoną i między innymi dlatego sąd dał wiarę jej zeznaniom w całości.

Nawet Anna nie spodziewała się wyroku bez warunkowego zawieszenia wykonania kary. Widać agresywna akcja wobec policjantów zaszkodziła mu bardziej niż agresja wobec żony – pomyślała. Wreszcie Katarzyna odzyska spokój.

Miesiąc po uprawomocnieniu się wyroku w kancelarii Anny zjawiła się niespodziewanie Katarzyna. Anna była zdziwiona jej przybyciem. Przecież sprawa jest zakończona.

- Pani mecenas, niech mi pani pomoże – powiedziała z prośbą i nadzieją w głosie. Nie wyglądała lepiej niż podczas poprzedniej wizyty.

- W czym mogę pani pomóc? – zapytała Anna.

- Niech pani pomoże mi uwolnić męża. Brakuje mi go bardzo, nawet się nie spodziewałam, że aż tak … Bardzo panią proszę…

Anna była oszołomiona i zdruzgotana jednocześnie.

- Przykro mi – jak gdyby z oddali usłyszała własne słowa.

Kiedy umarłeś synku?

Dodano 8 maja 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

Robert wracał do domu. Dzisiaj jest 13-ty pomyślał, nie był przesądny. Skończył pracę i na samą myśl, że w domu czeka go gorący obiad, uśmiechnął się do siebie. Jak zwykle i tego dnia postanowił skrócić sobie drogę. Zamiast obchodzić remontowany most skierował się prosto na niego. Było znacznie bliżej. Szedł po nowo położonej wylewce, z której wystawały metalowe pręty w oczekiwaniu na kolejną warstwę nawierzchni. Uważał na robotników, zwracali mu uwagę, że to teren budowy. Nie zauważył wystającego progu. Potknął się i runął na beton. Poczuł straszny ból w oku i głowie. Nie uświadamiał sobie, co się stało. Wiedział tylko, że musi się natychmiast podnieść. Był silny. Podparł się rękami i wstał. Zrobił kilka kroków i prawie usiadł, czuł jak robi mu sie słabo. Usłyszał jak ktoś krzyknął. Próbował iść. Jakiś wewnętrzny imperatyw nakazywał mu to. Ktoś wzywał przez telefon komórkowy karetkę.

- Ktoś zachorował – pomyślał jeszcze. Była to ostatnia myśl jaką sobie uświadomił. Potem zapadła ciemność. Nie słyszał głosu robotnika, zwracającego się do lekarza z karetki.

- Upadł na wystający pręt.

Karetka zatrzymywała się kilkakrotnie, tylko w ten sposób można było reanimować Roberta. Gdy dojechali, pacjent jeszcze oddychał.

- Przyda nam się. Pobierzemy od niego narządy. – Powiedział inny lekarz – podtrzymuj krążenie. – Powiedział i odszedł.

Ktoś zadzwonił do matki Roberta. Zemdlała. Kilka godzin później umarła, jej serce stanęło. Nie odzyskała przytomności. Nie pożegnała się z mężem ani z drugim jej synem.

Pani mecenas Anna? – zapytał adwokatki mężczyzna w średnim wieku wchodząc do jej kancelarii. Za nim stał dużo młodszy, jego syn.

- Tak – odpowiedziała i wskazała im krzesła. Sama usiadła po drugiej stronie biurka i spojrzała pytająco na przybyłych.

- Pani mecenas. Mamy nietypową sprawę. Miesiąc temu zmarła moja żona z rozpaczy, że nasz syn miał wypadek i umarł. Był to najbardziej tragiczny dla nas dzień, w ciągu kilku zaledwie godzin odeszły dwie najbliższe nam osoby. Trudno jest nam się z tym pogodzić. Nie z tym jednak przyszliśmy. Chcemy się dowiedzieć, kiedy umarł mój synek a kiedy żona. Ma to dla nas ogromne znaczenie. Wiem, że muszę to ustalić, to jest bardzo osobiste i jestem im to winien.

- Skąd wątpliwości? – zapytała Anna – przecież akty zgony wystawione przez lekarzy powinny to wyraźnie określać. Kolejność śmierci może mieć także znaczenie dla dziedziczenia. Jeżeli wcześniej umarła żona, to pan oraz obaj synowie dziedziczą po pana żonie. Gdy najpierw umiera syn, to po nim dziedziczą oboje rodzice i rodzeństwo.

- Właśnie w tym jest problem, że gdy syna przywieźli do szpitala, to lekarz mi powiedział, że on już umarł. Miał zachowane przez aparaty krążenie i oddychał ale jego mózg już nie pracował, czyli jak to określili lekarze nastąpiła śmierć na skutek śmierci pnia mózgowego.

- A co jest napisane w akcie zgonu? – zapytała Anna.

- No właśnie. Tam jest napisane, że on umarł wiele godzin później, już następnego dnia, gdy odłączyli go od aparatury. Lekarze zdecydowali, że  jego organy przeznaczyli do pobrania i aby to uzyskać musieli przeprowadzić specjalną procedurę. To wiąże się z co najmniej ośmioma godzinami różnych badań, by dopiero na końcu tej procedury stwierdzić śmierć osobniczą. – Słowo to wyraźnie sprawiło mu niesmak.

- Czego pan ode mnie oczekuje? – zapytała Anna

- Chciałbym aby Pani pomogła ustalić prawdę, kiedy umarł mój syn, a także dlaczego ktoś wysłał mojej żonie widomość o śmierci syna zanim on umarł. Jak ona dostała tę wiadomość, to kilka godzin później umarła. Tak jest napisane w jej akcie zgonu, ale syn zgodnie z jego aktem zgonu umarł znacznie później, później niż żona. Jeżeli wierzyć tym dokumentom, to najpierw umarła żona bo dostała wiadomość, o śmierci syna, chociaż on wtedy jeszcze żył. Ktoś uśmiercił ją tą fałszywą wiadomością. Teraz lekarze zasłaniają się procedurą pobierania narządów i twierdzą, że syn na skutek śmierci pnia mózgu już nie żył, a w akcie zgonu napisali, że jeszcze żył. Czy oni go nie chcieli ratować?

Anna zaczęła przeglądać przepisy medyczne, rozporządzenia i zarządzenia a także obwieszczenie Ministra Zdrowia definiujące śmierć. Musiała też zbadać akta w sprawie śmierci żony klienta. Po tygodniu wniosła sprawę do sądu o ustalenie dokładnego czasu śmierci syna.

We wniosku dowodziła, że śmierć Roberta nastąpiła najdalej w chwili, gdy karetka przywiozła go już do szpitala. Wskazała, że zgodnie z obowiązującą definicją śmierci, następuje ona na skutek trwałego ustania krążenia albo na skutek śmierci pnia mózgowego. Przyjmuje się wówczas, że skoro pień mózgu jest martwy, cały mózg jest martwy. W tym wypadku Robert idąc remontowanym mostem potknął się i z całą siłą nadział się na wystający z mostu pręt zbrojeniowy, który wbił mu się przez oczodół, przebił cały mózg na wylot i uszkodził czaszkę po drugiej stronie. Takie uszkodzenie mózgu polegało na rozdarciu mózgu na głębokość 10 cm połączone z uszkodzeniem pnia mózgu oraz zakrwawieniu i opuchnięciu całego mózgu – potwierdzone następnie protokołem sekcji zwłok. Po przyjeździe do szpitala lekarze orzekli, że pacjent nie kwalifikuje się do zabiegu operacyjnego. Nie reagował na jakiekolwiek bodźce, co oznaczało śmierć mózgu. Miał tylko sztucznie podtrzymywane krążenie. Brak reakcji Roberta na jakiekolwiek bodźce został potwierdzony zeznaniami lekarzy. Nie było zatem przeszkód do pobierania od niego narządów, one nadal żyły.

Chodziło jedynie o to, aby wskazać faktyczną datę i godzinę śmierci, taką jaką zgodnie z definicją wskazywał czas śmierci mózgu, a zatem  śmierć człowieka. Odrzucała jakieś tam wydumane procedury obowiązujące tylko przy pobieraniu narządów. Na końcu procedury powinno się ustalić, że pacjent na pewno nie żyje, a nie że umarł dopiero z chwilą ostatniego badania wielogodzinnej procedury pobierania narządów, bo to była nieprawda. Z równym powodzeniem można było przeprowadzić takie badania dwa dni później, tydzień, i co wówczas – myślała Anna, ustalono by, że człowiek od dawna już nie żyjący nadal żył? wydawało jej się to nielogiczne a przede wszystkim fałszywe. Stąd wystąpiła do sądu o ustalenie faktycznej chwili śmierci.

Sędzia była wyraźnie znudzona tym postępowaniem. Dopuściła jednak dowód z opinii kierownika katedry medycyny sądowej. Anna czekała na tę opinię kilka tygodni. Spodziewała się, że to będzie już tylko formalność by sąd w oparciu o opinię ustalił, że śmierć Roberta nastąpiła wtedy, gdy został przywieziony do szpitala, a nie w dacie określonej w akcie zgonu wskazującej na godzinę ostatniego badania zwłok przed przystąpieniem do pobierania narządów. Stało się jednak inaczej. Z opinii wynikało, że Robert umarł dopiero następnego dnia.

Anna próbowała udowodnić tezę, że Robert umarł wcześniej, niż wynikało to z aktu zgonu, a ten był fałszywy. Zmieniało to kolejność śmierci oraz dziedziczenie, czyli kto po kim będzie dziedziczył. Telefon o śmierci Roberta zawierał prawdziwą wiadomość. Aby pobrać narządy, lekarze przesunęli datę i godzinę śmierci.

- Panie profesorze – zapytała Anna zeznającego przed sądem w charakterze biegłego lekarza, kierownika katedry medycyny sądowej – czym pan wytłumaczy to, że w pisemnej opinii wskazał pan definicję śmierci, która dziesięć lat temu została zmieniona i już od tak dawna nie obowiązuje? – zobaczyła nienawistne spojrzenie jego wrogich oczu, które gdyby mogły zabijać, na pewno byłaby już ciężko ranna. Obdarła profesora medycyny, biegłego i specjalisty w dziedzinie śmierci z jego wielkości. Umknęła mu przyjęta przez Ministerstwo Zdrowia nowa, odmienna definicja śmierci człowieka. Posłużył się w opinii wcześniejszą, dawno zmienioną.

- Nic o tym nie wiem aby była jakaś inna definicja śmierci od podanej w opinii.

- Proszę się zatem zapoznać z tekstem Obwieszczenia Ministra Zdrowia, mam tu oryginał – powiedziała Anna podając mu tekst.

Wszyscy cierpliwie czekali aż biegły przeczyta istotny fragment, sprawdzi datę. Na koniec biegły powiedział

- Ale definicje są podobne.

- Takich definicji śmierci Pan uczy studentów medycyny?

- Uchylam to pytanie – zareagowała sędzia

- Panie profesorze – zwróciła się do niego Anna – różnice są tego rodzaju, że odmienna jest obecna procedura probiernia narządów dostosowana do nowej definicji śmierci.

Kolejne pytanie Anny spowodowało wzrost napięcia na sali rozpraw.

- Dlaczego zatem, jeżeli pacjent według dokumentów umarł prawie dobę później, nikt nie podjął leczenia go, otwarcia czaszki, podania mu silnych środków przeciwdziałających obrzękowi mózgu lub innego leczenia, został zostawiony samemu sobie bez pomocy medycznej. Przecież to pan twierdzi, że pacjent umarł wiele godzin później.

- Co pani sugeruje? – krzyknął zdenerwowany profesor – że my zamiast leczyć próbujemy przeczekać po to aby pobrać od umierających ich narządy?

- Właśnie tak – ostro odpowiedziała Anna. – Niepotrzebnie to powiedziałam pomyślała poniewczasie. Widziała jak profesor robi się jeszcze bardziej wściekły. Aby niedopuścić do dalszej eskalacji napięcia Anna wstała i zwróciła się do sądu

- W tej sytuacji wnoszę o pominięcie dowodu z tej opinii oraz dzisiejszej uzupełniającej ponieważ opinia jest sprzeczna z treścią przepisów i normatywnych procedur za którymi nie nadąża opinia i jako taka nie nadaje się by mogła stanowić podstawę orzekania.

Sędzia nie uwzględniła jednak tego wniosku Anny zostawiając kwestionowaną opinię jako dowód w sprawie. Piętnaście minut później oddaliła wniosek o zmianę daty i godziny zgonu Roberta, w konsekwencji uznając, że umarł on po śmierci swojej mamy.

- To był proces o pietruszkę – powiedziała sędzia na koniec uzasadnienia wydanego końcowego orzeczenia. Anna widziała jak jej klient robi się blady i przytrzymuje się ławki by nie upaść. Niepotrzebnie to zacząłem, – powiedział niemal szeptem – to są bezkarni, pełni arogancji lekarze, a sędzi też niczego.

Jak bardzo pomysłowa może być żona

Dodano 1 kwietnia 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

            Anna była już doświadczonym adwokatem ale ta sprawa zupełnie odbiegała od tego z czym się dotychczas spotkała. Właśnie szła na salę rozpraw. Klient tym razem nie czekał na nią. Czekał ale w sądowym pokoju zatrzymań. Kilka minut później rozpoczęła sie sprawa. Stawką była wolność jej klienta lub jego dalsze leczenie w zamkniętym zakładzie dla psychicznie chorych. Ciążył na nim zarzut usiłowania zabójstwa żony.

Małżeństwo, które przez wiele lat układało się dobrze zaczęło się psuć. Mieli dwie córki, prawie dorosłe. On zapracowany, ona też i nie zauważyli nawet że przestali ze sobą rozmawiać tak jak dawniej, poruszane przez nich tematy w czasie krótkich spotkań, gdy wręcz mijali się ze sobą w domu, coraz rzadsze telefony były coraz bardziej zdawkowe, grzecznościowe. Któregoś dnia przyszedł do domu, wyjął klucze i po chwili stwierdził, że nie pasują do zamków. Dobijał się chwilę, a następnie przyjechała policja i go zabrała, że niby się awanturuje. Był zaszokowany. Prowadzony przez policjantów oglądnął się jeszcze na jego dom. W jednym z okiem dostrzegł wpatrzone w niego oczy żony i córek. Tak jak gdyby uśmiech zadowolenia, nie był tego pewien, był już daleko.

Przywieźli go do jakiegoś obskurnego miejsca. Były tam cele pełne pijanych i agresywnych mężczyzn. Próbowali go o coś zapytać, coś do niego mówili. Nie zwracał na nich uwagi. W końcu dali spokój. Rano został przewieziony do komisariatu, przesłuchany i wypuszczony. Tym razem, gdy nie udało mu się otworzyć drzwi domu, wezwał policję. Po krótkiej wymianie słów żona pod presją interweniujących policjantów otworzyła drzwi. Pokazał im dokumenty, z których wynikało, że jest z żoną współwłaścicielem tego domu.

Myślami wrócił do minionych miesięcy. Zdał sobie sprawę, że żona chce się go pozbyć. Dlaczego? – pytał sam siebie. W końcu zobaczył to, na co patrzył ale nie widział. Wreszcie dostrzegł. Przypomniał sobie te czułe spojrzenia, gesty, niby żarty a jednak z dużym podtekstem. Przecież to jest mój przyjaciel i wspólnik. Nigdy by nie przypuszczał, a jednak wszystko zaczęło się układać w jedną całość. Naraz zmniejszenie obrotów firmy, mniejsze dochody, trudności, których nie było. Czyżby wspólnik przygotowywał się do stworzenia równoległej, konkurencyjnej działalności jego kosztem. Wyglądało to tak, jak gdyby wspólnik przerzucał zamówienia ich firmy na inny podmiot gospodarczy. Czy to możliwe aby chciał z jego żoną stworzyć warunki do tego by byli oni razem?

Następne dni wydawało się, że potwierdzają jego domysły. Zabrała sie  do tego zupełnie inaczej. Już nie wyrzucała go z domu ale knuła szatańską intrygę. Nawet nie domyślał się, że posunie sie aż do takiej podłości. Widać jej nie znał.

Kilka tygodni po  tym jak spędził noc w policyjnej izbie zatrzymań, zszedł rano do kuchni. Rozejrzał się uważnie. Żony nigdzie nie widział. Robił sobie właśnie śniadanie, gdy przez okno zobaczył podjeżdżający pod dom radiowóz. Widział wysiadających policjantów. Nie weszli jednak do domu, czekali. Chwilę później podjechała karetka pogotowia.

- Coś się stało żonie, chora? – pomyślał. W tym momencie uświadomił sobie, że do chorej nie przyjeżdża policja. Pielęgniarze weszli wraz z policjantami do środka. Było ich trzech. Od razu skierowali swoje kroki do kuchni, gdzie stał przy oknie. Bez słowa zatrzasnęli mu na nadgarstkach kajdanki. W tym momencie weszła żona. Nie była zdziwiona obecnością mężczyzn.

- To on – powiedziała do nich stojąc dalej na progu kuchni. Widział jej nienawistne oczy w których widoczne było uczucie triumfu i satysfakcji. Niemalże się uśmiechała. Opanowała się i ze łzami w oczach dodała. – On jest chory.

- Będzie się pan zachowywał spokojnie? – zapytał jeden z pielęgniarzy?

- Tak odparł.

Był w szoku. Dotarło do niego, że wiozą go do zakładu dla psychicznie chorych w Kobierzynie. Miał spędzić tam wiele następnych tygodni.

Anna zapoznała się z aktami sprawy. Dowiedziała się z nich, że żona jego klienta wniosła do sądu wniosek o przymusowe psychiatryczne leczenie męża. Wskazała w nim, że jest nienormalny i przytoczyła nieprawdopodobne wręcz okoliczności. Klient im zaprzeczył. Nie poprzestała na tym i poczyniła kroki mające na celu ubezwłasnowolnienie przez sąd jej męża, co pozwoliło by jej na przejęcie do jej dyspozycji całego jego majątku.  Zawnioskowała aby to ona była jego opiekunem, co dawałoby jej możliwość całkowitej kontroli nad wszelkimi jego poczynaniami. On z kolei nic nie wiedział o tych zabiegach i wszczętych postępowaniach, nawet się ich nie domyślał.

Anna bardzo uważnie przeczytała zwięzłe sprawozdanie z wydarzeń tego dnia, gdy pielęgniarze zabrali go w asyście policji do szpitala psychiatrycznego. Żona po kryjomu zatelefonowała po pogotowie psychiatryczne i przez telefon powiedziała, że jej mąż chce ją zabić i biega za nią z nożami. Gdy przyjechało pogotowie psychiatryczne, uczestniczka powiedziała im, że mąż na ich widok wrzucił noże za meble aby ukryć przed nimi swoje zachowanie. Na skutek jej zawiadomienia i jej oświadczeń, doprowadziła do umieszczenia go, wbrew jego woli w szpitalu psychiatrycznym, gdzie był przez kilka tygodni bezprawie przetrzymywany, po to tylko, aby został uznany za „wariata. Dopiero interwencja jego brata doprowadzała do tego, iż sprawą zajęła się adwokat Anna.

Teraz jednak była to sprawa o usiłowanie zabójstwa żony. Lekarze stwierdzili, że oskarżony jest poczytalny, nie stwierdzili u niego objawów choroby psychicznej i po pięciu tygodniach przetrzymywania go w szpitalu dla psychicznie chorych wypuścili go. Jednakże nie odzyskał wówczas wolności, pojawił się zarzut usiłowania zabójstwa.

Prokurator oskarżył go i zawnioskował przesłuchanie na wskazane w akcie oskarżenia dowody. Był nim dowód z przesłuchania jego żony i tylko ten. Przekonała jednak prokuratora i ten zdecydował się wnieść akt oskarżenia przeciwko jej mężowi. Przesłuchana na okoliczności wydarzeń owego feralnego dla niego dnia opowiedziała jak to jej mąż gonił ją po całym domu z nożem, żę próbował ją zabić, krzyczał, że ją zabije a ona była pewna, że są to jej ostatnie chwile życia. Udało jej się w końcu dodzwonić na policję a ci sprowadzili karetkę z zakładu dla psychicznie chorych z pielęgniarzami i kaftanem bezpieczeństwa. Widziała w jego oczach obłęd, a na jego ustach pianę.

Prokurator żądał kary dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności i innych dolegliwości, których oskarżony nie rozumiał.

- Proszę wysokiego sądu – powiedziała Anna, gdy przyszła jej kolej. – Mój klient jest ofiarą intrygi zmontowanej przez jego żonę, nieprawdą jest aby usiłował ją wówczas zabić. Dowodzą tego następujące okoliczności.

- Gdyby choć trochę rozsądku wykazali lekarze, pielęgniarze i policjanci, wówczas musieliby uznać za absurdalne opowieści jego żony. Z bilingu telefonicznego wynika, że żona oskarżonego zatelefonowała tylko na pogotowie psychiatryczne a nie na policję. Ustalono, że to pogotowie psychiatryczne zawiadomiło policję. Te okoliczności są bardzo ważne. Gdyby rzeczywiście oskarżony przez godzinę gonił za nią z nożem w wyniku ataku chorego psychicznie człowieka, to nie miałaby możliwości spokojnego zatelefonowania. Nawet gdyby przyjąć, że udało jej zatelefonować po pogotowie psychiatryczne, to pojawia się pytanie, gdzie on się wówczas znajdował z nożem. Zatelefonowanie w tych warunkach nie jest łatwe, musiałaby znać numery na pogotowie psychiatryczne na pamięć, a nawet gdyby numery telefonów miała uprzednio zapisane, to oskarżony mógłby ją z łatwością co najmniej zranić podczas próby telefonowania. Nie było wówczas telefonów komórkowych i musiałaby podejść do telefonu stacjonarnego, a gdzie wówczas byłby napastnik z nożem? Wreszcie, ile czasu musiało minąć, od telefonicznego zawiadomienia szpitala do przyjazdu karetki. Gdyby faktycznie biegał za nią z nożem, to miałby bardzo dużo czasu na zadanie jej ciosu tym nożem, co jednak nie nastąpiło. Dlaczego wreszcie oskarżony miałby na widok policji rzucić nóż na meble w kuchni skoro byłoby mu łatwiej odłożyć go na miejsce. Szczególnie, że właśnie w kuchni trzyma się noże, także i w domu oskarżonego. Jeżeli był w stanie ataku, to jakim sposobem wykazał się rozsądkiem polegającym na tym, że „wiedział”, że nie powinien mieć noża w ręku na widok policji, a z drugiej strony taką głupotą aby zamiast odłożyć go na miejsce wrzucić go za meble i to na oczach żony. Na jej oczach, bowiem to ona wskazała policji, gdzie rzekomo oskarżony rzucił  nóż. Musiała być zatem także w kuchni. Skoro oboje byli w tym samym momencie w kuchni, to oznacza, że nie obawiała się jego ataku albo ataku nie było. Pielęgniarze, którzy weszli do kuchni zeznali, że był tam jedynie oskarżony, a jego żona nadeszła dopiero później, gdy był już skuty. To wszystko jest absurdalne, chyba, że zostało sfingowane przez żonę, która najpierw ukryła nóż za meblami, następnie czekała godzinę na przyjazd karetki pogotowia i policji i wówczas dopiero wskazała ten nóż na meblem. Gdyby miał wówczas atak, to byłby próbował ją zabić, a nie czekać razem z nią przez godzinę w kuchni z nożem w ręku, a następnie ukrywać nóż za meblem kuchennym. I na tak absurdalnych przesłankach lekarze zdecydowali się umieścić oskarżonego w szpitalu psychiatrycznym, przetrzymywać go tam przez 5 tygodni, a prokurator na takich to podstawach sporządził akt oskarżenia.

W tej sprawie zapadł wyrok uniewinniający. Jednakże od uzyskania wolności tak dalece obawiał się pomysłowości i szczególnych metod postępowania swojej żony, że obawiając się o swoje życie, zdrowie, a także wolność zdecydował się opuścić dom, który był jego współwłasnością. Ona natomiast wszystkim pokazywała poświadczenie ze szpitala psychiatrycznego stwierdzające, że przebywał on w szpitalu psychiatrycznym z podejrzeniem choroby psychicznej, tak że każda jej kolejna interwencja o pomoc policji była uwiarygodniona rzekomym atakiem wariata na nią.

Zanim opuścił swój dom, jego żona nadal robiła wszystko aby się go pozbyć. Nie ustawała w wywoływaniu awantur.  Miały one charakter ciągłego nękania. Doszło nawet do sytuacji, w której nie mógł on spać spokojnie, budziła go w nocy. Doszło nawet do tego, że dokonywała prób samookaleczenia siebie. Któregoś razu specjalnie uderzyła się o ścianę rozbijając sobie głowę i krzycząc, iż rzekomo wnioskodawca ją uderzył.  On, aby nie być posądzonym o agresję wobec żony, uciekał w takich sytuacjach z domu, co ona wykorzystywała informując rodzinę i znajomych „iż znowu go nie ma w domu i nie wie gdzie jest”. Taka sytuacja miała bardzo zły wpływ na stan jego zdrowia. Nie wytrzymywał jej psychicznie.

Kilka dni później został zatrzymany, gdy jechał samochodem. Przypuszczał, że do rutynowej kontroli. Został zatrzymany z zarzutem kradzieży samochodu na szkodę jego żony. Wcześniej, gdy kupował ten samochód, żona dowiedziała sie o tym i zażądała umieszczenia siebie jako kupującej ten samochód, a następnie otrzymała dokumenty, z których wynikało, że to właśnie tylko ona jest właścicielem tego samochodu. Na skutek jego pretensji, napisała mu oświadczenie, iż samochód ten został zakupiony do jego wyłącznego użytku. Telefonicznie zaprzeczyła policjantom, że istnieje taki dokument i policja byłaby jej oddała ten samochód, gdyby nie to, że następnego dnia pokazał policjantom ten dokument z notarialnie poświadczonym jej podpisem.

Ostatecznie małżonkowie rozstali się z głębokiej do siebie nienawiści. On otrzymał na wyłączną własność dom, ona inne rzeczy. Z przyjacielem się rozstał. Przyjaciel nie spotyka się z jego byłą już żoną. On d dnia dzisiejszego z niedowierzaniem wspomina jej nieprawdopodobne pomysły i zastanawia się jak jej się to wszystko udawało. Do dnia dzisiejszego nie poniosła z tego tytułu żadnych konsekwencji.

To wszystko przez kobiety

Dodano 9 marca 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

Leszek szedł wolno poboczem asfaltowej drogi. Wzdłuż ciągnął się las. Skręcał od czasu do czasu zagłębiając się w boczne ścieżki tak jak gdyby czegoś tam szukał. Tak jednak nie było. On po prostu lubił las. Przypominał mu jego dzieciństwo. Często do niego wracał myślami. Nie odczuwał nostalgii ani zadowolenia, to był rodzaj wspomnień jego dawnych marzeń. Był głodny, nie jadł od dwóch dni. Bolały go nogi. W oddali zobaczył niewielką wieś. Na widok małego, spożywczego sklepu, tak typowego dla wsi, przyspieszył kroku i po chwili wszedł do środka.

- Czym mogę służyć? – zapytała stająca za ladą dziewczyna. Mogła mieć nie więcej niż 19 lat. Była ładną, szczupłą blondynką o niebieskich oczach. Patrzyła na niego z ciekawością taką jak się patrzy na nieznajomego przybysza. Ubrany był nędznie. Szare spodnie, stare buty, sfatygowana kurtka nałożona na kraciastą koszulę. Włosy nieco w nieładzie. Mógł mieć około dwudziestu pięciu lat. Średni wzrost, szczupły i miał takie dziwne oczy, rozlatane, zdradzające podejrzliwość i jednocześnie nieśmiałość. Rozglądał się.

- Czy mógłbym coś kupić na kredyt? – zapytał cichym głosem. – Nie mam pieniędzy, dopiero szukam pracy i nie mogę zapłacić.

Dziewczyna obrzuciła go taksującym spojrzeniem. Spodobała jej się jego szczerość i bezpośredniość. Sięgnęła po nóż i odcięła kawałek kiełbasy. Przepołowiła chleb i wszystko to podała nieznajomemu. Popatrzył na nią z wdzięcznością.

- Jest dobrym człowiekiem, nie wzgardziła obcym przybłędą. – pomyślał i podziękował.

- Ja pani na imię ? – zapytał.

- Sylwia

- A mnie Leszek. Jest pani bardzo ładna. – Dodał uprzejmie. Uśmiechnęła się.

Zjadł co mu dała i wrócił w kierunku, z którego przyszedł. Siedząc na skraju lasu przyglądał się mijającym go z rzadka ludziom. Zobaczył też wychodzącą ze sklepu dziewczynę. Skończyła pracę tego dnia i zamknęła sklep. Patrzył za nią jak się oddalała. Widział gdzie skręciła. Sam nie wiedział dlaczego, poszedł za nią. Niczego od niej nie chciał. Było już późno, zbyt późno aby iść dalej. Chciał pojechać na Śląsk,  wiedział, że tam jest praca i może tam właśnie zacznie nowe życie. Teraz jednak nie miało sensu ruszać się stąd, przynajmniej do jutra. Bardziej z nudów poszedł za dziewczyną. Skręcił tam, gdzie i ona. Po kilku minutach znowu ją zobaczył. Szła jakiś czas drogą wiodącą w głąb lasu. Nie zauważyła idącego z nią mężczyzny. Długo to trwało, aż doszli w ten sposób do niskich zabudowań. Przystanął i z daleka dostrzegł ją wchodzącą do jednego z nich.

Wrócił. Cały czas myślał o niej. Była dla niego taka dobra, jak mało kto. Uśmiechała się do niego. Nie mógł myśleć już o niczym innym. Spodobała mu się i teraz pragnął tylko jednego, znowu ją spotkać i opowiedzieć jej o sobie. Ona na pewno go zrozumie, może nawet coś doradzi. Liczyło sie jedno, chciał z nią porozmawiać.

Noc nie przyniosła ukojenia, wciąż odtwarzał sobie ich spotkanie, wciąż śledził ją wzrokiem idącą poprzez las. Widział jej sylwetkę. Zasnął w jakiejś leśnej rozpadlinie. Nie miał pieniędzy, nie miał śmiałości by zapukać do jakichś drzwi i poprosić o nocleg. Zaraz by go odprawili, mogli go nawet poszczuć psami. Byle do jutra.

Śniła mu się. Budził się co chwila i znowu zapadał w lekki sen i znowu ją w nim widział. Były to jednak dziwne sny. Była w nich kobietą, jego kobietą. Było im ze sobą dobrze. Widział jej uśmiech i czuł jej ciało.

Wstyd mu było się przyznać ale nigdy dotąd nie był z kobietą. Koledzy opowiadali mu o tym, śmiali sie i cieszyli. Wiedział od nich, że jest to wspaniałe uczucie. Od czasu do czasu czytał jakieś erotyki, oglądał gazety ale to nie było to samo. Oczyma wyobraźni widział siebie w roli kochającego się z kobietą mężczyzny. Zaspakajał się wówczas sam ale czuł, że to nie jest to samo. Jak dotąd nie miał szczęścia. Nie umiał sobie odpowiedzieć na nurtujące go od bardzo dawna pytanie: dlaczego właśnie on nie mógł zaznać tej rozkoszy, a wszyscy inni od dawna. Może to jego nieśmiałość wobec kobiet, a może widziały w nim tylko kolegę, może je czymś zrażał? Bywał niecierpliwy. Pragnął kobiety tak bardzo, że nie umiał pokonać niecierpliwości i to go gubiło. Kobiety chcą być zdobywane i stopniowo ulegać, nie tak od razu jak on by chciał, a może było w nim coś, co je od niego odpychało. Te rozmyślania towarzyszyły mu od dawna, także i dzisiaj.

- Może właśnie dzisiaj się coś zmieni? – pomyślał – może to będzie ta właściwa dziewczyna, która go zrozumie i może właśnie to ona da mu tak długo oczekiwane szczęście? Postanowił, że na nią zaczeka na skraju lasu, blisko jej domu by mieli czas na rozmowę, gdy będzie ją odprowadzał do sklepu.

Zobaczył ją z daleka, gdy wychodziła z domu. Gdy się zbliżyła zaczepił ją. Spojrzała na niego zdziwiona ale zaraz go poznała.

- Tak bardzo chciałem z panią porozmawiać. – powiedział niemal proszącym tonem. – Jeżeli nie ma pani nic przeciwko temu, odprowadzę panią do sklepu, będzie pani raźniej, a dla mnie to ważne aby porozmawiać.

- Zgoda. – odpowiedziała i ruszyła ścieżką, ta samą, którą szła poprzedniego dnia, i którą chodziła od wielu lat.

- Jestem bardo samotny. – zaczął rozmowę. – Mieszkałem nad morzem ale tam nie ma pracy. Postanowiłem wybrać się na Śląsk. Tam podobno jest praca i może tam już zostanę na zawsze. Muszę znaleźć swoje miejsce na ziemi.

Opowiedział jej o swoich rodzicach, o bracie, o kolegach i o swoich marzeniach.

- Pani jest taka ładna i taka dobra. – spojrzała na niego. – Bardzo chciałbym być z panią. – dodał po chwili.

- Ale ja jestem jeszcze za młoda by się z kimś wiązać. Daleko mi do myślenia o małżeństwie i dzieciach.

- Chciałem panią poprosić aby się pani ze mną kochała. Nigdy jeszcze nie miałem kobiety, a tak bardzo bym tego pragnął, nawet pani nie wie jak bardzo. – Mówiąc to przytrzymał ją za rękę. Przystanęli. Ona ze zdziwieniem, on bo tak bardzo jej pragnął.

Odsunęła się od niego i chciała odejść. Nie zauważyła, że się schylił i sięgnął po leżący w krzakach, wcześniej przez niego przygotowany żelazny drąg. Uszła zaledwie kilka kroków i naraz poczuła silne uderzenie w głowę, ogarnęła ją ciemność.

Leszek pochylił się nad nią. Wiedział, że zadany tym żelazem cios był za silny. Zdał sobie sprawę z tego, że nie żyła, zabił ją jednym uderzeniem. Odrzucił żelazo i znowu się pochylił. Odciągnął ją w głąb lasu, w krzaki tak aby nie była widoczna z drogi. Zatarł ślady ciągniętego ciała.

Znowu się nad nią pochylił. Drżącymi od niepokoju i podniecenia rękami podciągnął jej spódnicę. Przez chwilę przyglądał się jej nogom, dorodnym udom. Wzrok zatrzymał na majtkach. Po chwili ściągnął je z niej i jeszcze raz się przyjrzał. Z rosnącym podnieceniem położył rękę na jej łonie. Rozebrał ją zupełnie. Widział jej martwe oczy i krew cieknącą z jej głowy. Podniecenie było silniejsze. Wszedł w nią. Była ciepła.

- Ona nigdy by mi się nie oddała, gdyby żyła. – pomyślał czując narastającą w nim rozkosz. Po pewnym czasie skończył.

- Po raz pierwszy miałem kobietę – pomyślał z zadowoleniem czując satysfakcję.

Wieczorem wrócił. Znalazł zwłoki Sylwii. Teraz była trupioblada i zimna. Leżała obnażona tak jak ją rano zostawił. Znowu odczuł podniecenie i nie bacząc na nic ponownie w nią wszedł.

- Przy Sylwii było mi przyjemnie. Gdyby się zbudziła to bym nie zabił. Mam obecnie poczucie winy, żałuję. Chciałem spróbować z kobietą. Lepiej jest z kobietą nawet z martwą.   – Powiedział śledczym, gdy dwa lata później go przesłuchiwali.

- Ile pan zabił kobiet? – zapytali go

- Sześćdziesiąt cztery – odpowiedział po namyśle.

Przed sądem zmienił wyjaśnienia i wyparł się wszystkiego. Został skazany na karę 25 lat pozbawienia wolności. Jednakże nigdy nie wyjdzie na wolność. Po odbyciu kary trafi do zakładu dla psychicznie chorych, gdzie spędzi resztę życia.

- To była koszmarna wokanda – powiedział jeden sędzia do drugiego, gdy opuszczali salę rozpraw po ogłoszeniu wyroku.

W tamtym czasie okrzyknięto go wampirem z Bytowa i nazwa ta przylgnęła do niego nawet wtedy, gdy został wykryty i osądzony, gdy wreszcie poznano jego nazwisko i ustalono tożsamość. W więzieniu napisał pamiętnik, a później kolejny. Przyznał się w nich do zabójstwa kilkudziesięciu kobiet ale także i mężczyzny – policjanta. Poza zdarzeniem z Sylwią nie miał kobiety i nigdy jej mieć nie będzie, a to było dla niego aż tak ważne, że życie straciło wiele z nich.

Polowania Krwawego Kota

Dodano 28 lutego 2016, w Sprawy sądowe, przez PS

Karol był średniego wzrostu szatynem o nieco rumianej, okrągłej twarzy. Miał 14 lat, gdy pojechał na wakacje do Myślenic. W okolicach był zakład uboju zwierząt. Przychodził i zafascynowany patrzył na zabijane cielęta. Tak jak każde zwierze czuły nadchodzącą śmierć i na swój sposób płakały. Ktoś mu opowiedział, że któregoś dnia przywieźli konia ze złamaną nogą, czuł, że go zabiją. Ukląkł na przednie nogi i lekkim rżeniem prosił o litość. Przysięgali później, że widzieli łzy w oczach błagającego o życie. Zabili go.

Ktoś pozwolił Karolowi zabić własnoręcznie jedno z cieląt. Dostał potem kubek krwi zwierzęcia i wypił ją chciwie. Nikt się nie odezwał widząc, że mu smakuje. Takie przynajmniej sprawiał wówczas wrażenie. Naprawdę polubił jej smak, kolor i widok.              - Mógłbym ją pić zamiast oranżady – pomyślał.

Uwielbiał noże. Kolekcjonował je i było ich sporo. Nikt nie widział w tym nic złego, ot takie sobie nieszkodliwe hobby. Rozwieszał je na ścianie. Rodziców to nieco dziwiło ale w końcu przywykli nie widząc w tym nic złego. Prawie zawsze jeden z noży z tej kolekcji nosił przy sobie. Od czasu do czasu łapał żaby, nabijał je na nóż i rzucał w górę. Gdy były ku temu okazje, pomagał gospodarzom łapać kury i zabijać je.

Mijały lata, a wraz z nimi pojawiła sie nowa myśl, która coraz silniej panowała nad nim. Nie mógł się jej pozbyć, a później coraz bardziej przywykając do niej zwolna zaczął ją akceptować. Była silniejsza od niego i to ona go sobie podporządkowała. Już z nią nie walczył, a któregoś dnia zaakceptował. Zabić człowieka. Coś kazało mu to zrobić.

Miał już siedemnaście lat. Chodził do trzeciej klasy Technikum Energetycznego. Wtedy się zdecydował. Był wrzesień. Czuł, że musi na kogoś zapolować i zabić. Z domu zabrał nóż o długim ostrzu i wyszedł w mrok zapadającego wieczora. Przemierzając ulicę trafił w okolice kościoła. Od razu zobaczył stojącą przed tablicą ogłoszeń kościelnych kobietę. Wiekiem mogła zbliżać się do pięćdziesiątki. Obserwował ją. Widział jak zbliża się do wejścia do kościoła i wchodzi do środka. Odczekał chwilę i ruszył za nią. Przeszedł przez duże drzwi i znalazł się przy kropielnicach. Rozejrzał się i po chwili w mroku ją zobaczył. Klęczała przy ostatniej ławce i modliła się. Nie zwróciła uwagi, gdy cicho stanął za nią i naraz jednym silnym uderzeniem wbił jej nóź w plecy. Poczuł jak ostrze przecięło ubranie i zagłębia sie w jej ciało w okolicy prawej łopatki i kręgosłupa. Wyjął nóż, odwrócił się i szybko odszedł. Nie obchodziła go już. Liczyło sie tylko to, że zadał cios nożem, cios w jego ofiarę. To mu wystarczyło. Poczuł się lekko. Przestał odczuwać popęd seksualny, przynajmniej przez kilka najbliższych tygodni. Był spełniony i szczęśliwy. W domu oblizał ostrze z resztek zakrzepłej już krwi. Nie wiedział, że kobieta ta nie umarła. Wstała i wyszła przed kościół. Przypadkowo spotkanym kobietom powiedziała, że ktoś ją napadł i że strasznie ją boli.

- Ma pani przecięty na plecach płaszcz – zauważyła jedna z nich. W szpitalu lekarze dostrzegli ranę od noża. Przeżyła. Dowiedział się o tym następnego dnia z gazet.

- Ta się nie liczy – pomyślał. Dwa dni później wyruszył w poszukiwaniu kolejnej ofiary.

Było to wczesne popołudnie. Lekcje skończyły się dość wcześnie tego dnia. Wyszedł ze szkoły i szedł ulicami miasta. Zobaczył samotną kobietę. Chodziła od sklepu do sklepu. Nie było jednak okazji by ją zaatakować. Po dwóch godzinach miał już dość. Zrezygnował.   Znalazł się w pobliżu stołówki, do której wejście z ulicy prowadziło najpierw na schody, a później przez drzwi na pierwszym piętrze. Zobaczył jakąś starszą kobietę wchodzącą do bramy. Ruszył w tym kierunku i szybko dogonił ją na schodach. Odwróciła się do niego i spojrzała uważnie. Zobaczyła wyraźnie odcinającą się w mroku klatki schodowej czerwoną, szkolną tarczę technikum na rękawie jego płaszcza.

- On też idzie na obiad – pomyślała i było to jej ostatnia myśl. Rozdzierający ból klatki piersiowej nie pozwolił jej już na dalsze rozważania. Uderzył ją nożem w plecy w okolicę prawej łopatki i kręgosłupa. Tak jak i tamtą. Upadła na schody. Straciła przytomność. Wysunął z niej nóż i szybko wyszedł na ulicę zalaną słońcem.

Później dowiedział się, że ją odratowano. Jednakże nóż uszkodził nerw i na skutek tego była częściowo sparaliżowana, nie mogła się poruszać tak jak dawniej, uczynił ją kaleką.

Z gazecie przeczytał, że jego ofiara przeżyła. Potęga prasy, dziennikarze szukający sensacji. Jest temat, co za radość móc opublikować takie zdarzenie. Długo nie mógł zasnąć. – - Jak ona mogła przeżyć – rozmyślał. Nie zastanawiał się nad tym, że mogłaby go rozpoznać, opisać śledczym. Nie odczuwał strachu przed wykryciem, w ogóle go to nie obchodziło. Dla niego liczyło się tylko to, że był nieudolny. Tyle razy sobie wyobrażał ginącą ofiarę i jej bezlitosnego pana, który wbija nóż i obserwuje malujące się na twarzy kobiety strach, przerażenie i jej oczy błagające go jeszcze o litość, a wreszcie najbardziej fascynujący widok uchodzącego życia i na koniec satysfakcja będąca ukoronowaniem jego dzieła i radość spełnienia. Jeszcze raz przeczytał informacje prasową i zapadło postanowienie, musi zabić. Ta myśl go uspokoiła. Zasnął.

Minęło sześć dni. Narastało w nim podniecenie przechodzące w drżenie ciała. Tak, teraz poszuka ofiary. Wieczorem, w samym centrum miasta zobaczył starszą kobietę idącą powoli ulicą. Zbliżył się do niej. W oddali usłyszał hejnał dobiegający z Wieży Mariackiej. Tchnięta przeczuciem kobieta odwróciła w jego kierunku głowę. Było za późno. Poczuła silne uderzenie w plecy. Nie zadawała sobie sprawy z tego, że to nóż, ból uderzenia i rozrywający jej płuco zlały sie w jeden. Zachwiała się i byłaby upadła. Wytrzymała chwilę i opierając się na murze okalającym klasztor starała się iść dalej. W ten sposób po kilku metrach doszła do furty. Dwie zakonnice podtrzymały ją.

- Pobił mnie chłopiec – powiedziała słabnącym głosem i na ich rękach umarła. Karol czuł satysfakcję. Wreszcie zabił. Był szczęśliwy. Miał siedemnaście lat. Przez kilka tygodni nie onanizował się, był spełniony. Zbrodnia dawała mu satysfakcję seksualną. Tworzyła podnietę i spełnienie.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Nie opuszczało go pragnienie zbrodni. Widział ją teraz  jednak inaczej. Marzył już nie tylko o tym by zabić kolejną kobietę ale wiele osób. Dostrzegał szok u swoich kolegów, gdy w szkole opowiadał im jak to byłoby dobrze stworzyć taką grupę, która by zajmowała się zabijaniem. Patrzyli na niego myśląc, że sobie żartuje, że  wygłasza takie poglądy by zwrócić na siebie uwagę. Nie wiedzieli, że faktycznie on się im zwierza i jest w tym zupełnie szczery.

Karol zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest lubiany. Nie potrafił się w pełni zasymilować z kolegami. Zbyt dużo ich dzieliło. On owładnięty chęcią mordu, a oni radośni, dziecinni. On kolekcjonował noże, rzucał nimi wyobrażając sobie, że celuje w przyszłe ofiary. Oni mięli inne zainteresowania. Uczył się słabo, z trudnością przechodził z klasy do klasy. Nie imponował tym. Wywoływał tym lekką pogardę i uśmiech politowania.

Interesował się dziewczętami ale zupełnie inaczej. Skarżyły się nauczycielom i rodzicom, że często łapie je za pupy i szczypie ich piersi. Był w tym co robi brutalny i ujawniał pewien stopień sadyzmu. To także zrażało do niego.

Był raczej cichy i na pozór spokojny. Jednakże wszelkie nieporozumienia z kolegami zawsze rozwiązywał przy pomocy pięści. Może by to samo w sobie nie zwróciło niczyjej uwagi, zdarza się bowiem, że się chłopcy pobiją ze sobą, aż do pewnego zdarzenia. Kiedyś bił się z dużo silniejszym chłopcem. Widząc, że nie uzyska przewagi wyjął nóż i zranił go nim. To zdarzenie pogłębiło do niego niechęć rówieśników.

Marzył o dostaniu się do wojskowej szkoły oficerskiej. Wojsko kojarzyło mu się z zabijaniem, sadyzmem. Którego dnia powiedział do siedzących obok kolegów.

- Bardzo żałuje, że nie urodziłem się wcześniej. Mógłbym być komendantem obozu koncentracyjnego. Moimi ofiarami byłyby przede wszystkim kobiety. Obcinałbym im piersi.

- Dlaczego akurat piersi? – zapytał jeden z nich.

- Jak to po co. – obruszył się Karol. – aby stworzyć z nich wygodną wyściółkę dla głowy w hełmie wojskowym.

- Jesteś kompletny świr.

Któregoś dnia namawiał kolegów aby zniszczyli wiadukt tak, aby wykoleił się jadący nim pociąg pasażerski. Wpadał wręcz w euforię przedstawiając wizję spadających z wiaduktu wagonów i ludzi. Ludzie byliby przygniatani przez wagony, byłoby dożo krwi, bardzo dużo. Myśleli, że nie mówi poważnie. Mylili się. Był rozczarowany, gdy na koniec wyśmiali jego pomysły, a on przecież miał rzeczywiście takie plany. Wyraźnie go nie rozumieli.

- Mam pomysł. – Zawołał do dwóch kolegów z klasy, gdy wychodzili ze szkoły. – Zrobimy orgię seksualną.

Słuchali go śmiejąc się w duchu z jego pomysłu. Powiedział, że znalazł  na to bardzo dobre miejsce. Często jeździł do pobliskiego Tyńca. Tam widział otoczoną z trzech stron skalną polankę, a z czwartej przez drzewa. Powiedział im to.

- Przyprowadzimy tam dziewczyny, najlepiej trzy. – mówił – Najpierw je zwiążemy, później obetniemy im piersi i będziemy je dźgać nożami w wiele miejsc. Równocześnie będziemy je gwałcili. Na koniec poobcinamy im głowy i zakopiemy tułowie. – Był wyraźnie podniecony.

- A co z głowami? – Zapytał jeden z kolegów.

- Zapakujemy je i wyślemy najlepiej mamie każde z nich i będziemy z ukrycia obserwowali jak ich matki cierpią i szaleją z rozpaczy. – odpowiedział. – Na początek może być jedna.        – Znasz taką? – zwrócił się do jednego z kolegów.

- Tak. – Odparł. Podał jakieś zmyślone imię. Myślał, że są to tylko żarty.

Zapisał się do klubu strzeleckiego. Tam z ogromnym zapałem ćwiczył się w strzelaniu ze sportowego karabinka zwanego w skrócie kbks. Trener był nim zachwycony. Nigdy nie widział nikogo, kto byłby tak zdyscyplinowany i punktualny. Wiedział, że może na nim polegać. Wiedział też, że Karol marzy o wojskowej szkole oficerskiej, a umiejętność strzelania była dla niego formą przepustki. Ten zachwyt Karolem o mało nie skończył się tragicznie dla uczęszczającej do tego samego klubu studentki. Trener strzelecki poprosił ją o opiekę klubową nad Karolem. Od tego czasu rozpoczęła się pomiędzy uczniem technikum, a studentką bliższa znajomość. Spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Była to jednak tylko przyjaźń pomimo, że Karol domagał się od niej czegoś więcej. Zwierzał jej się z różnych kotłujących się w jego głowie myśli. Przerażało ją to bardzo. Zaczęła uważniej go słuchać i obserwować. Wiedziała, że jest z nim coś nie tak. On sam też tak uważał. Wspomniał jej, że być może ma jakieś zaburzenia ale na tym poprzestał.

- Chcę żebyś była moja, chcę ciebie teraz! – Krzyknął do niej, gdy odprowadzał ją z zajęć na strzelnicy. Jednocześnie chwycił ją za szyję i zaczął dusić. j.

- Puść mnie. – Odpowiedziała zachowując spokój tak jak tylko potrafiła. Nie reagowała pozwalając się dusić, nie stawiała oporu. Domyślała się, że może go to jeszcze bardziej rozjuszyć. On zaś widząc, że ona nie walczy poluźnił uchwyt. Spodziewał się czegoś innego. Zaskoczyła go.

- Nigdy nie zdobędziesz dziewczyny, gdy będziesz tak sie zachowywał. – Powiedziała.

Dwa dni później spotkali sie znowu na strzelnicy. Zachowywali się tak jak gdyby nic nie zaszło. Naraz Karol odwrócił się z karabinem i strzelił w jej kierunku. Kula przeleciała bardzo blisko niej, poczuła podmuch na swoich włosach. Kilka centymetrów w lewo i byłaby martwa. Karol chybił.

- To dlatego, że strzelałem z biodra. – pomyślał z żalem. Nie dał jednak niczego poznać po sobie. Wszyscy uznali, że był to tylko przypadkowy strzał. Uznano, że Karol nie zachował podstawowych zasad bezpieczeństwa na strzelnicy i uznali, że należy zwracać na to większą uwagę. Studentka nie była pewna w co ma wierzyć.

Nastał luty. Karol był w piątej klasie technikum i tego roku miał zdawać maturę. Śnieg utrzymywał się przez całą zimę. Znalazł się w okolicy Kopca Kościuszki. Rozglądał się uważnie. Już z daleka zobaczył grupę dzieci i dorosłych. Zbliżając się uświadomił sobie, że odbywają się tu zawody saneczkowe. Nie była to duża góra ale wystarczająca. Obserwował przez jakiś czas zjeżdżających na sankach. Jeden z chłopców oddalił się od grupy i teraz wracał. Do chłopca podeszła jakaś kobieta.

- Czy mogę usiąść na chwilę na twoich sankach? Jestem taka zmęczona. – poprosiła chłopca.

- Nie. – odpowiedział. – Mam teraz zawody i muszę iść. Kobieta bez słowa odeszła. Chłopiec został patrząc za nią. Teraz żałował, że się tak zachował. Karol obserwował to zdarzenie. Podszedł.

- Co to jest? – zapytał chłopca – jakieś zawody?

- Tak – usłyszał w odpowiedzi. – naszej szkoły.

Karol objął chłopca i przyciągnął go do siebie. Spojrzał mu w oczy. Patrzył w nie nadal gdy wbijał nóż w plecy przerażonego chłopca. On zaś zaczął krzyczeć. Nie wiadomo było czy bardziej ze strachu, czy z bólu. Z oczu popłynęły łzy. W końcu przestał krzyczeć. Osunął się na śnieg. Nie żył. Miał jedenaście lat.

Kilka minut później został znaleziony przez innego chłopca. W szpitalu lekarz rozebrał ciało zabitego. Stwierdził 11 ran po uderzeniu nożem o długim ostrzu.

- Dlaczego? – Po raz któryś, dławiąc się łzami, zadawała to pytanie mama zmarłego chłopca. Był jej miłością. Dobry, grzeczny. Poszedł do szkoły z sankami, miał uczestniczyć w szkolnych zawodach saneczkowych.

- Przecież nikomu nic złego nie zrobiłeś. – Płakała pochylona nad ciałem. – Dlaczego ktoś ciebie zabił? Miałeś przed sobą jeszcze wiele lat życia, mógłbyś być szczęśliwy. Taki dobry obiad ci dzisiaj przygotowałam. – Rozglądnęła się nieprzytomnym wzrokiem po szpitalnej sali.  Przez chwilę patrzyła bezradnie na męża, który zdruzgotany stał opodal. Nie odzywał się, tylko łzy płynęły mu po policzkach. Nie wstydził się ich, patrzył na zwłoki swojego ukochanego dziecka.

Karol wszedł do mieszkania kolegi z klasy.

- Spójrz na to. – Powiedział podając koledze gazetę. Był tam opis makabrycznego zabójstwa.   – To moja sprawka – powiedział z dumą. Spodziewał się entuzjastycznego uwielbienia, podziwu. Zamiast tego usłyszał tylko śmiech.

- Wymyśl coś lepszego.

Dokładnie dwa miesiące później, siedmioletnia Małgosia stała przy oknie obserwując ulicę. Naraz zobaczyła listonosza, który podchodził do bramy domu, w którym mieszkała.

- Mamusiu, idę po list. – krzyknęła do stojącej mamy i wybiegła. Schodami szybko dotarła na parter i prawie zderzyła się z listonoszem.

- To nie jest listonosz – naraz uświadomiła to sobie. Podniosła oczy i w tym momencie stojący mężczyzna powalił ją na schody. Wsunął rękę pomiędzy jej nogi i dotarł do majtek. Chciała krzyczeć ale on zatkał jej ręką usta. Miała wrażenie, że się dusi. Poczuła ból.

Kilka minut później, płacząc z trudem wracała po schodach do mieszkania.

- Co się stało? – zawołała mama widząc dziecko. Miała potargane włosy, ubranie w nieładzie, przerażenie w oczach.

- Pan mnie pobił – powiedziała tylko i straciła przytomność.

- Czy coś się stało? – zawołał ojciec dziewczynki, który zwabiony krzykiem żony wbiegł  do przedpokoju. Zobaczył na ubranku córeczki krew. Zdjął je z niej. Miała rany z których sączyła się krew.

Ojciec natychmiast zawiózł dziecko na pogotowie. Lekarz obejrzał dziewczynkę i  stwierdził w jej ciele siedem ran kłutych zadanych nożem o długim ostrzu. Były zadane w brzuch, klatkę piersiową i w plecy. Mimo takich ran, dziewczynka przeżyła.

*          *          *

             Adwokat Anna wstała, szybko obrzuciła salę rozpraw uważnym spojrzeniem i patrząc na sędziego złożyła wniosek o badania psychiatryczne swojego klienta. Po chwili, jak gdyby z wahaniem, dodała jeszcze.

- To mi przypomina sprawę Kota.

- Pamiętam. – odpowiedział w zamyśleniu sędzia.  – Tamta sprawa dostarczyła nam doświadczenia, którego nie można dzisiaj zlekceważyć. Nie można wykluczyć, że mamy do czynienia z drugim Kotem. Sąd przychyla się zatem do wniosku obrońcy i zwróci się do Collegium Medicum  o wnioskowaną opinię. Zamykam dzisiejszą rozprawę i odraczam ją z terminem na piśmie. – dokończył.

Anna znała sprawę Kota. Ongiś była to jedna z najbardziej bulwersujących spraw jakie znalazły swój epilog w sądzie. Sama była zbyt młoda na to aby ją śledzić, gdy oskarżony o nazwisku Kot stanął przed sądem ale słyszała o niej dużo od swojego patrona, gdy była jeszcze aplikantem adwokackim. Opowiadał jej, że Kot ujawniał od pewnego czasu duże zainteresowania zabójstwami. Gromadził noże. Maił sporą ich kolekcję. Wszyscy uznali to za coś nieszkodliwego.

Opinia medyczna potwierdzała, że zabójstwa lub ich usiłowania mają zdecydowanie motywację na tle seksualnym, czyli zaliczają się do zabójstw tak zwanych ekwiwalentnych. Wówczas znacznie zawęziło to krąg poszukiwanych osób do kręgu osób zboczonych seksualnie, ze skłonnościami do sadyzmu, gdzie pozbawienie życia, dręczenie ofiary, lubieżność, zadawanie cierpienia, czy widok krwi zaspakaja popęd seksualny mordercy.

Dyskretnie chodzili za nim wszędzie. Pozwolili Karolowi Kot zdać maturę. Był to ważny dowód dla oceny jego poziomu intelektualnego. Został uznany winnym zarzucanych mu zbrodni i skazany na karę śmierci. Wyrok został wykonany, a mieszkańcy Krakowa mogli odetchnąć z ulgą.


  • Facebook